Napisane przez: anoola | listopad 5, 2009

no place like..

home.. tylko gdzie to jest. home is in my haed. wróciłam z Krakowa. i atmosfera Florańskiej i św. Anny i św. Tomasza, przebiegane przez Annę wraz z Tomaszem, ale raczej tym niewiernym, jak to on o sobie samym.. z celtycko-germańskim absurdem gdzieś pod czaszką. w nerwowym poszukiwaniu antykwariatu. z nerwowym napięciem, że znowu wbiegniemy na peron wraz z pociągiem.

i coś niewypowiedziane, tak na koniec dnia.. co siedzi i czeka. i ja czekam. a ty przychodzisz do mnie czasem. bardzo rzadko, gdy jestem w Polsce. a ja czekam. choć szczęśliwa strasznie jestem.


.:sunflower:.


emitionless

Napisane przez: anoola | listopad 4, 2009

expacting unexpacted

“jeśli wypijesz to piwo siedząc tu przy kominku, to będziemy cię stąd wynosić”. “spokojnie, zaufaj mi, ona wie co robi”. i zamiast ploteczek przy grzanym piwie (w moim wykonaniu winie) nieprzypadkowe spotkanie po drugiej stronie lustra. “tylko nie nazywaj mnie Marcin”. no dobrze, przecież nie mam zamiaru. i z takiej dziwnej energii w powietrzu stworzyliśmy ciekawą jakość. zdjęcia trzaskane “na oślep” w oparach babci, która za 4 minuty nie wpuści cię do domu, ale przecież mam klucze. tylko jak będzie chciała być złośliwa, to zamknie drzwi na zamek, którego nie otworzę..
otworzyłeś?

miałam nigdzie nie publikować, ale.. copyright by David vel burak ;)

ann ventanas 6b - Copy
Rodellar, las ventanas del Mascun

kupiliśmy bilety. klamka zapadła. jeszcze tylko kupić bilet do Bonn. jeszcze tylko.. a niech to, spotkać cię nawet na końcu świata.. pliiizzz, zaczekaj na mnie!

Napisane przez: anoola | październik 29, 2009

homo misticus..?

skończyłam czytać “spektrum świadomości” i jestem pod ogrmnym wrażeniem.. ukłony w kierunku Kena Wilbera. i pomyśleć, że napisał to w wieku 23 lat (ja w tym czasie zmagałam się z magisterką w jej fazie pre-kreacyjnej jeszcze.. ;)

to, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie:

zawsze doświadczając śmierci już Teraz, zawsze już żyjemy wiecznie. poszukiwanie jest zawsze zakończone

“Deszcz na spowitej mgłą Górze Lu
I wzburzone fale na rzece Cze;
Jeśli jeszcze tam nie byłeś,
Z pewnością żal przepełnia ci serce;
Ale kiedy już tam jesteś i zmierzasz do domu,
Jakże wszystko wygląda zwyczajnie;
Deszcz na spowitej mgłą Górze Lu
I wzburzone fale na rzece Cze.”

i kwestia świadomego życia w teraz:
lecz oczywiście przebudzenie wobec Teraz, ocknięcie się z nocnej zmory historii oznacza doświadczenie śmierci w Teraźniejszości pozbawionej przyszłości. “nic dziwnego – mówi Kirkegaard – że człowiek jest przerażony, albowiem między nim a Prawdą leży umartwianie”. niemniej, jak mówi św. Grzegorz: “nikt tak nie korzysta z Boga, jak człowiek na wskroś martwy” [dualny, podzielony]. i podobnie Eckhart: “Królestwo Boże jest tylko dla ludzi zupełnie martwych”. dlatego Ramana Mahariszi głosi: “w swoim czasie przekonacie się, że wasza chwała tam się zaczyna, gdzie przestajecie istnieć”.
jednak to umartwianie, Wielka Śmierć, to całkowite umieranie dla przyszłości w doświadczeniu tylko-Teraz nie jest, jak mówi o tym Coomaraswamy, “nagłą śmiercią” pod koniec życia, lecz “bieżącym umieraniem” w każdej chwili życia. “A czasem śmierci jest każda chwila”, jak zauważa TS Eliot. ale każda chwila jest tą chwilą, gdyż nie ma żadnej innej, zatem w tej chwili doświadczamy już “bieżącego umierania”, czyli zawsze budzimy się ku temu, co nie ma przyszłości, a zatem nie ma też przeszłości; ku temu, co nie zaczyna się w czasie, a zatem i w czasie się nie kończy; ku Nienarodzonemu, czyli ku Nieumierającemu

[K. Wilber, Spektrum świadomości]

i teraz gdyby mnie ktoś zapytał “ann, czy jesteś mistyczką”, powiedziałabym, że się staje, choć ujęcie tego w ten sposób, to kolejna z ról, w jakie wcielam się jako podmiot. kolejna próba zobaczenia patrzącego, a tym samym uprzedmiotowienie podmiotu (podmiot nie może patrzeć i jednocześnie być widzianym, obserwowanym ;)

Napisane przez: anoola | październik 28, 2009

czekam na zdjęcia od Jude i.. tęsknię za tą dwójką. chciałabym żyć w takim miejscu jak ona i Matt czy John i Carolyne. moim marzeniem jest wspinanie w wysokich górach, choć wspinaczka sportowa zawsze będzie moją “pierwszą miłością” a tej się nie zapomina.
nigdy nie walczę z drogą i skałą czy moimi słabościami. przecież to nie są moi wrogowie. są częścią mnie, więc po co z nimi walczyć. jesteśmy całością, jesteśmy jednym.
Jude, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.. Matt, mam nadzieję, że jeszcze będziemy mogli rozdmuchiwać deszczowe chmury nad kanionem w Rode czy w Chamonix :)

czy ja znów tracę wiarę w.. ? ale ja przecież szczęśliwa jestem. to takie.. absurdalne, ale z drugiej strony wspaniałe. znowu sny o wspinaniu. i znowu tęsknota za sobą gdzie indziej. ech, ja tu nie potrafię żyć. choć tak bardzo się staram, to nie potrafię i żyje tylko myślą od jednego wyjazdu do drugiego a tu jestem tylko.. przejazdem ;)

którejś nocy, a może już nad ranem..

gdy rękę swą unosisz
by zgasić lampę..
o tysiące kilometrów
unosisz ode mnie
to jakbyś gasił
światło przy moim łóżku

gdy pochylasz się
nad filiżanką kawy..
o tysiące kilometrów
pochylasz się ode mnie
to jakbyś pochylał się
nad kubkiem,
który stawiam na stole

twoje myśli
zataczają kręgi wokół
mojej twarzy,
niczym w wody umysłu
rzucony kamyk

Napisane przez: anoola | październik 23, 2009

perfection, czyli..

letter from a friend:

“I read a funny story about buses in Turky: A young swiss man complained to a turkish person at a bus stop that the buses are always late if they come at all. This person said to him very proudly “our buses are always one time, you have only to be there at the right time”. Perhaps in future you can decide more and more what’s the right time. Yes and another little story a friend told me about this perfect thing. If we normally speak about perfection that means a measuring system out of ourselves. We are perfect as we are but we know that in our inner essence, not in the tv, newspapers, friends…Ok, this friend told me, that he heard, that indian people when they make a carpet they put inside some mistakes do not to have this pressure to make a perfect carpet”

Napisane przez: anoola | październik 18, 2009

homo sum..

et humani nihil a me alienum esse puto.
“co najbardziej lubisz fotografować?” “krajobrazy..” nie słuchałam dalej, bo liczyłam, że padnie odpowiedź “ludzi”. parking przed marketem w Huesce, czyli pora na zakupy. i znowu odczucie dziwnej energii. jakiś narzucający się smutek i lęk biorący swój początek w czymś totalnie nieokreślonym.
przechodzimy przez przejście dla pieszych. na przeciwko idzie starsza pani z balkonikiem. mijamy się. po chwili odwracam się i widzę balkonik. nie ma staruszki. bezradna stoi 10 metrów dalej. boi się zrobić krok. decyzja z gatunku tych, których się nie po-myśli a odczuje. przyprowadzam balkonik. jest szczęśliwa, dziękuje mi, a ja biegnę, bo muszę dogonić Dave’a. nawet nie zauważył, że nie idę koło niego. staruszka prawie płacze ze szczęścia. “nie ma za co proszę pani, nie ma za co!” słyszę. słyszymy obie. pada z ust Dave’a. osłupiałam. nawet jej nie zauważył. nawet nie zwrócił uwagi, że stała bezradna nie wiedząc co zrobić. nawet nie widział, kiedy pobiegłam po wózek.
tłumaczę sobie, że nieważne. boli, ale nie ma to większego znaczenia. boli, bo to byłaś kiedyś ty.. teraz widzisz, jak ciężko było dotrzeć do ciebie.. ale aż tak, naprawdę było tak źle? dobra, daj spokój, ważne, że teraz jest inaczej. jesteś tu i teraz. teraz ty masz być nauczycielem. albo nie. nie w tym wypadku. po prostu bądź. przecież wiesz, że ta lekcja się zmarnuje, ale to nie jest twój problem. ty masz co innego do zrobienia. inne problemy, inne emocje do przepracowania. tak, emocjonalny rollercoaster po to, by w końcu zrozumieć, że wszystko jest w tobie. szczęście i smutek, lęk i miłość.. nikt ci tego nie odbierze, ani nikt ci tego nie da.

“ciekawe, z którego wieku pochodzi ten kościół?” “chyba XII, ale wiesz, że został przebudowany?” “tak?? a skąd wiesz?” “w zeszłym roku spędzałam tu dużo czasu. urzekł mnie, uspakajał.. przyglądałam mu się godzinami i któregoś dnia to po prostu zobaczyłam.” choć może lepiej byłoby powiedzieć od-czułam, ale tego ci już nie powiedziałam.
spokój, jaki mieszka w kanionie, jest nie do opisania. uwielbiam siedzieć zwłaszcza w sektorze Grand Boveda i las Ventanas del Mascun. lubię siedzieć na górze, przy eremii.
nie mogłeś tego zauważyć.. tego dnia wspinaliśmy się na Ventanasach. zaczęło padać. od godziny siedziałam i czytałam książkę. źle się czułam (choć wspinaczkowo padły tego dnia dwie szóstki c, w tym jedna sightem). słuchałam soundtracku z Hilamai i czytałam książkę o Tybecie. przysiadł się Mat i zaczęliśmy jeść suchą bagietkę. i po prostu gapiliśmy się na siwe od chmur niebo i deszcz. gdzieś dojrzałam mikroskopijny fragment błękitu. “rain, go away to Warsaw!”. i razem z Matem zaczęliśmy dmuchać w niebo, żeby rozgonić czarne chmury.. :) i jest to jedno z moich piękniejszych wspomnień..

gdyby w życiu nie było trudności, człowiek by się nie rozwijał. podobnie jak we wspinaniu. spadasz z drogi dotąd, dopóki nie nauczysz się wszystkich ruchów, dopóki nie wypracujesz patentu na pokonanie cruxa. ale jak już to zrobisz, masz niesamowitą satysfakcję. najpiękniejszym momentem jest wpięcie się do zjazdówki, najbardziej pouczającym – spadanie..

Napisane przez: anoola | październik 16, 2009

pięć osób..

.. które spotykamy w niebie. obejrzałam wczoraj i film natchnął mnie do życia z powrotem. idę dziś na medytację. może przywróci mi to trochę spokoju wewnętrznego i zmniejszy to całe rozedrganie..
a to, co z filmu zapisałam na leżącej obok niewysłanej pocztówce z Glasgow:

“there are no randome acts in life. we are all connected”
“the harm we do to others, we do to ourselves. nobody was born with anger. you need to forgive”
“if dies somebody you love, the memory is your partner. life has to have an end. love does not end”
“each life affects the other, and the other affects the next”

nieprzypadkowo spotkane osoby, do których spotkania dojrzewam cały czas, mają wpływ na moje życie. ostatnio najpiękniejszym takim spotkaniem był Jose. zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest moim przewodnikiem. szkoda, że mieszka w Szwajcarii (dużo łatwiej by nam się było spotkać w Niemczech), ale może nie jestem jeszcze gotowa na kolejne spotkanie..? na razie mamy maile i telefony. na razie podnosi mnie na duchu i jest koło mnie w sposób mentalny, pozawerbalny. czasem mam wrażenie, że on po prostu wie, kiedy się pojawić. był ze mną cały czas, dodawał sił, kiedy borykałam się z kłamstwami Dave’a. yo soy la bruja.. DAve nie mógł w to uwierzyć i chyba nadal nie wierzy. a ja wiedziałam od początku, że jestem jedynie posłańcem z wiadomością dla niego. że nie zatrzymam się w jego życiu na dłużej. i.. raczej nieprędko nasze drogi skrzyżują się ponownie. tego jestem pewna, choć nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. wiem, że moim zadaniem było przekazanie wiadomości, udzielenie lekcji. czy z niej skorzystał? ja ze swojej na pewno. teraz tylko muszę dojrzeć do spotkania mojego nauczyciela, który zostanie w moim życiu na dłużej.
“are you a coupple?” i kolejna osoba spotkana pod skałami. nawet nie mam pojęcia jak się nazywa, choć mam numer telefonu. “no, we just climb together”. “mieszkam w Cheto, wpadniesz?” “może wpadnę, jak znajdę chwilę w resta”. “wyjeżdżam w poniedziałek, przyjdź”. nie przyszłam. zamiast tego nadal wspinałam się z Davem, choć męczyło mnie to okropnie. zła energia, za dużo kłamstw, za dużo kombinowania, sprzeczne informacje.. tego dnia skończyłam Amelie. wracałam ze skał już o zmroku. “hola, dziś wyjeżdżam”. “kiedy?” “zaraz, za pół godziny”. “rany, muszę zjeść, umyć się.. dobra, zaraz będę”. dość chaotyczne pożegnanie w samochodzie. “źle cię traktował, wszyscy to widzieli” “wiem, wszystko kręciło się wokół czubka jego nosa, ale to było dla mnie ważne z innych powodów”. “przestawiał cię z miejsca na miejsce, nie dbał o ciebie”. “wiem, wiem, on mnie oszukał. ma dziewczynę w Anglii. nie pytaj skąd wiem. po prostu wiem. wracam do Polski jutro, do Hiszpanii w grudniu. będziesz?” “w zimie będę w Kolumbii”. “cholera, to na wiosnę albo w lecie. będziemy w kontakcie. wyślij mi maila! muszę lecieć!”
nie wróciłam do Polski. rzucaliśmy monetą i wyszło, że mamy zostać. a ja nadal nie wiem, jak masz na imię..

ostatnio zadano mi pytanie (rozmowa toczyła się o szkołach filozofii, studiowaniu religioznawstwa i.. moim wielkim niezrealizowanym marzeniu, czyli wokalistyki na akademii muzycznej): “ann, czy ty jesteś mistyczką?” tak, nie wiem, kręci mnie synteza wszystkiego. i to, że każdy gość w moim życiu jest dla mnie prezentem i lekcją, posłańcem z wiadomością lub nauczycielem.
och, i już ostatnia inspiracja z czytanej ostatnio biografii Thomasa Mertona:
wszystko, co ty masz do zrobienia, to tylko pragnąć
[zatem pragnę i nie wątpię w realizację pragnienia. byle do Bonn & Berlina. byle do Chorro w grudniu!]

Napisane przez: anoola | październik 16, 2009

la Gatera..

czyli otwór w drzwiach, przez który kot może wychodzić i wchodzić. czyli mój projekt w moim zdecydowanie ulubionym sektorze ventanas del Mascun, na Delfinie. czyli najbardziej szalona droga, jaką przyszło mi robić, choć jej nie skończyłam. po dniu restu spadłam za trudnościami. nie sięgnęłam do chwytu, a do obłego okapiku. dwa ruchy dalej można było odpocząć, dwa ruchy dalej wchodziło się w la gaterę, do przejścia której ręce nie były prawie potrzebne. przy moim wzroście i stopniu rozciągnięcia można się było zaklinować barkami, głową i tyłkiem. droga pozostanie na następny raz.. a szkoda. zrobiłam ją póki co z jednym blokiem. to było najlepsze przejście, nie licząc lotu za cruxem. wiem, że mogę, wiem, że ten poziom trudności jest w moim zakresie. choć chyba dużo bardziej satysfakcjonowałaby mnie droga za VI.3 na Jurze albo na Frankenjurze.
plan powrotu do Rode to nie tylko skończenie kilku 6c+ i 7a. to miejsce jest w jakiś sposób dla mnie szczególne. nie wiem, co w sobie ma, ale nie dość, że odpoczywam tu psychicznie, to jeszcze jakoś łatwiej mi dotrzeć do siebie. choć może tak jest z większością rejonów wspinaczkowych na west-cie. mam nadzieję, że w grudniu wyjdzie Margalef albo Chorro. w lecie obowiązkowo Ceuze albo Saint Legere.
z niecierpliwością czekam, aż Jude przyśle mi zdjęcia. na początku listopada przyjdą też zdjęcia od Dave’a. mam nadzieję, że wyśle mi je wszystkie (również te ze spaceru po kanionie i z wyjazdu do Saragossy). dziś w ramach namiastki wspinu w Hiszpanii ściana :)

a wczoraj.. szłam przez Chmielną, w kadr moich oczu wszedł (a raczej wjechał) pan na wózku inwalidzkim. na dłuższą, niż normalna, chwilę spojrzałam na niego i jak się już mijaliśmy powiedział, że mam piękne oczy. nie zdążyłam powiedzieć “dziękuję”..

Napisane przez: anoola | październik 15, 2009

venga Annita!

i znów był Rodellar i znów cudowni ludzie. i ci mniej cudowni, toksyczni też byli. i rozmowy do późna o rzeczach ważnych i bzdurach, ważne lekcje i relaksujące spacery. no i było oczywiście wspinanie! kilka lotów, w tym obowiązkowo część z głową w dół, po których Paweł opieprzał mnie, że źle prowadzę linę. no może i źle, ale uprząż zrobiła się na mnie za duża i dlatego mnie odkręca. kilka pięknych dróg na koncie. 40 metrowe Objectivo (jak zwykle różne wyceny w dwóch różnych przewodnikach), 35 metrowa Amelie (podobny problem z wyceną, ale to była zdecydowanie moja życiówka rot punktem :), la Gatera, która pozostanie na następny raz podobnie jak inna droga w dachu. i droga, którą w zeszłym roku uznałam za niewykonalną i zadeklarowałam, że nie będę jej robić już nigdy.. czyli Pajaro loco. loco(a) to byłam ja, decydując się na rozgrzewkę na niej..(pomyliła mi się z 6b, która była z prawej..).
Amelie.. piękne wspinanie, z trudnościami przez ostatnie 5-7 metrów. on sight bardzo trudny. crux zdecydowanie patenciarski, psychiczny koszmarnie. dojście do klamy po 4-5 maleńkich, choć dobrych krawądkach, stopnie mało widoczne, czyli droga nie dla krasnali. za pierwszym razem przehaczyłam jakoś, za drugim razem brak skóry i psychika zniechęciły mnie do drogi skutecznie. złe nastawienie do wspinu, o którym rozmawiałam któregoś wieczoru z Davidem. do drogi wróciłam któregoś popołudnia, gdy wspinałam się z Pawłem. ruch okazał się być wykonalny. pierwsza próba. dojście do trudności i.. koncentracja na ruchu zamiast myślenia o locie, który w połogim w tym miejscu terenie nie byłby komfortowy. uff.. poszło. wpinka i dwa metry do kolejnej. kolejna zrobiona. restowałam się w miejscu, w którym należało już wspinać się do końca, ale wygrał lęk przed ostatnim długim i trudnym ruchem. sięgnęłam do klamy. z dołu słyszę Pawła “no to już ją masz, dajesz do końca”. idę. przede mną niewielkie przewieszenie. skała w tym miejscu ostra koszmarnie, ale za to z dobrym tarciem na obłej powierzchni. próbuję przestawić nogi. stopni nie widać, bo wychodzę za przewieszenie i… lewa ręka trzymająca klamy mi się nie dogięła. lot.. myślałam, że się popłaczę. ze złości, z niemocy, że przecież tu nie było trudno, że znowu muszę iść 35 metrów do góry. nieważne, że miałam szramę od nadgarstka po pachę, bolała nie rana, a porażka. teraz poczułam się jak ci wszyscy goście, którzy spadają z 40 metrowych ósemek c+.. pierwszy raz klęłam na skałę, na drogę, na siebie.. na dole Hiszpanie pytają czy mogą pójść na naszych ekspresach. mówię, że tak. Paweł krzyczy po polsku, że mogą ale za 5 euro. zrozumieli, śmieją się. sytuacja się rozluźnia. druga próba na drodze po tym, jak Paweł zrobił kolejne 7b+ (droga wybitnie nie on sightowa według Kajtka. niestety potwierdziło się). z zupełnie inną energią wstawiłam się po raz kolejny w moją drogę. trudności przeszłam jeszcze innym patentem. znalazłam mały chwyt, który zadziałał jako ścisk. dojście do przedostatniej wpinki i rest jak zawsze mocno stresujący, zwłaszcza że obok kolega Hiszpan szedł sightem 7c+ do tego samego stanowiska. no nie moja to wina. muszę się zrestować. wychodzę do klamy. z klamy w okap, ale tym razem bardziej w prawo. nogi trafiają w stopnie. wpinam linę w stanowisko najszczęśliwsza na świecie!
za każdym razem jak zaczynam się wspinać próbuję poczuć jakiś flow. poczuć, że nikt ze mną nie walczy, że ja z niczym nie walczę. rozmawialiśmy o tym z Davem. o różnicach we wspinaniu kobiet i mężczyzn. lub inaczej – o podejściu kobiecym i męskim. nie walczę, a raczej igram, bawię się ruchem, skałą, koncentruję się na swoim ciele, nogach, rękach. nie myślę, a czuję.
gdy tylko zaczynasz myśleć, droga cię zrzuca. myślenie oznacza utratę koncentracji. nauczyła mnie tego droga pajaro loco. spadłam z niej dwa razy. ktoś powiedział, że jest to najtrudniejsza 6c w całym Rodellarze. stałam w trudnościach i zaczęłam myśleć o locie. a wystarczyło postawić prawą nogę zamiast lewej na stopniu, chwycić krawądki lewą a nie prawą ręką.. gdy patentowałam ruch, ścieżką przechodził Francuz, który wyglądał jak Wiking. sympatyczny koleżka, pracujący w Hiszpanii, wspinający się w każdej wolnej chwili w skałach (to jest jedyna metoda na zrobienie 8b..). usłyszałam tylko “venga Annita!”. zabawne, że wszyscy wiedzieli jak mam na imię. droga puściła w drugiej próbie :) Mat, dzięki za cierpliwość, Dave, dzięki za zdjęcia! :)) tego samego dnia poszła sightem kolejna droga. motywację miałam ogromną, choć zmęczona byłam koszmarnie. tradycyjnie w tym sektorze największą trudność sprawiały mi ruchy do stanowiska. tym razem też tak było, ale pomyślałam sobie, że 6b mnie nie zrzuci. nie zrzuciła, choć miałam wrażenie, że jest strasznie trudna jak na taką wycenę. tydzień później dowiedziałam się, że to było 6c. moje pierwsze 6c os (właściwie to drugie, bo później zrobiłam jeszcze jedno). cdn..

Napisane przez: anoola | październik 13, 2009

back home

czekam na jakieś olśnienie, bo mnie ta pogoda zahibernowała.. wracam do Hiszpanii. byle szybko. byle do wiosny. a wiosna… w Berlinie, hurraaa! :)

Starsze wpisy »

Kategorie