moja drukarka działa na hasło. brzmi ono tak samo, jak hasło uruchamiające windę w “Sexmisji” ;) do tego trzeba jeszcze użyć siły argumentów, przykładając ją w dowolnym punkcie na “body” drukarki.
ale grunt, że zadziałała ha!
;)
Napisane w codzienne
perfect reality
“today you lose, but tomorrow you can win. things change..”
znów nieprzypadkowo obejrzany film, akurat teraz, choć leżał na półce od.. hm chyba początku lipca. Kundun Martina Scorsese. doskonały sposób na zdystansowanie się do szefa-promotora. zobaczyłam analogię, jakże trafną do sytuacji, którą przeżyłam w piątkowe popołudnie. telefon od rozdrażnionego Alka. “dzwonię do ciebie cały dzień, czy ty już się na dobre wyłączyłaś?” zaraz, zaraz, jaki cały dzień? jedno nieodebrane połączenie. byłam na ścianie, miałam trening. a poza tym przecież nie masz komórki, nawet nie miałam jak oddzwonić. i pretensje o-Bóg-wie-co, głupie i dziecinne. i jeszcze głupsze oskarżenia, że niby miałam najdłuższy urlop. po pierwsze – jestem jeszcze na studiach (co prawda doktoranckich) więc na dobrą sprawę mogłoby mnie nie być trzy miesiące. po drugie to nie ja byłam trzy tygodnie w Hondurasie w lutym, dwa tygodnie na Mazurach i miesiąc na Sycylii. po trzecie – mój “urlop” kosztował mnie mniej niż miesiąc życia w Warszawie.. ten człowiek skutecznie wyprowadza mnie z równowagi. jak nikt inny. czasem mam ochotę powiedzieć, że go nienawidzę. a jednak, jakoś tego nie robię.. bo. wytłumaczenie i natchnienie przyszło w którejś minucie filmu. nauczyciel XIV Dalajlamy brał udział w spisku. został aresztowany. Dalajlama poprosił, aby dobrze traktowano go w więzieniu. w odpowiedzi na zdziwione spojrzenia pozostałych lamów Dalajlama odpowiedział, że to przecież on go znalazł i rozpoznał w nim inkarnację XIII Dalajlamy. i tak samo było z moim promotorem. w jakiś sposób on mnie znalazł i rozpoznał we mnie potencjał do pracy naukowej. niełatwo o tym pamiętać. kolejne wielkie wyzwania przede mną.. wiele pracy i wysiłku zanim pożegnam tę rzeczywistość i okoliczności. wszak są one w jakiś sposób doskonałe.

moje ulubione. z grzanym winem w rękach, “po drugiej stronie lustra” na warszawskiej Pradze..
(made by Kama)
i na koniec:
jeśli nie podążasz za przeszłością i nie zapraszasz przyszłości, nie ma nic do podtrzymania poza tym niestworzonym, nieosiodłanym i wolnym stanem obecności zwykłego umysłu
Patrul z Golok (via “Wspomnienia Tulku Urgjena Rinpocze”)
Napisane w inspiracje różne, inspirowane życiem
tybetańska księga umarłych
właśnie obejrzałam dokument.
“kiedy się rodzisz, to płaczesz, a cały świat się raduje
kiedy umierasz, świat płacze
ale ty możesz odnaleźć
wielkie wyzwolenie”
…
Napisane w inspiracje różne
funny story
czyli z cyklu mądrości od Jose:
Życie po urodzeniu
(autor nieznany)
w brzuchu ciężarnej kobiety są trzy embriony. Jeden z nich jest „małym wierzącym“, drugi sceptykiem, trzeci niedowiarkiem
Mały niedowiarek pyta: czy wierzycie w ogóle w życie po urodzeniu?
Mały wierzący: Oczywiście, że życie po urodzeniu istnieje! Nasze życie jest tak pomyślane, że teraz rośniemy i przygotowujemy się do narodzin, dotąd aż już będziemy dostatecznie silni na to, co nas czeka po urodzeniu.
Sceptyk: Co za bzdury, po urodzeniu nie ma nic. Jak niby ma wygląć życie po urodzeniu?
Mały wierzący: Tego i ja nie wiem na pewno. Będzie dużo jaśniej niż tutaj. I prawdopodobnie będziemy się bawić i biegać dookoła i jeść ustami
Sceptyk: Co za idiotyzm. Bawić się i biegać? To jakiś absurd. Jeść za pomocą ust? Dziwny pomysł. Istnieje tylko pępowina, przez którą jesteśmy karmieni. Poza tym nie ma absolutnie mowy, że istnieje życie po urodzeniu, bo pępowina jest za krótka!
Mały wierzący: wręcz przeciwnie. Wszystko będzie jedynie troszeczkę inne.
Sceptyk: Jeszcze żaden z nas nie powrócił tutaj po urodzeniu. Wraz z narodzinami życie się kończy. A życie tam to jedna wielka męczarnia. W dodatku w ciemności.
Mały wierzący: Nawet ja nie wiem dokładnie, jak będzie wyglądało życie po narodzinach. Na pewno jednak będziemy widzieć naszą Mamę, która się o nas troszczy.
Sceptyk: Mamę?!?? Wierzysz w Mamę? To gdzie ona jest według ciebie teraz?
Mały wierzący: No tutaj, wszędzie dookoła. Jesteśmy w niej i żyjemy dzięki niej. Bez niej by nas nie było
Sceptyk: Ależ, co za bzdura. Nigdy nie zauważyłem żadnej Mamy, a to oznacza, że ona po prostu nie istnieje.
Mały wierzący: Czasem, kiedy jest bardzo cicho, możesz usłyszeć jak ona śpiewa, albo poczuć, jak głaszcze się po brzuchu.
Niedowiarek: A jeśli rzeczywiście istnieje jakieś życie po narodzinach, czy mały Sceptyk zostanie ukarany za to, że w to nie wierzył?
Mały wierzący: Tego też nie wiem z pewnością. Być może dostanie klapsa, po którym otworzą mu się oczy i jego życie zacznie.
Napisane w inspiracje różne
no place like..
home.. tylko gdzie to jest. home is in my haed. wróciłam z Krakowa. i atmosfera Florańskiej i św. Anny i św. Tomasza, przebiegane przez Annę wraz z Tomaszem, ale raczej tym niewiernym, jak to on o sobie samym.. z celtycko-germańskim absurdem gdzieś pod czaszką. w nerwowym poszukiwaniu antykwariatu. z nerwowym napięciem, że znowu wbiegniemy na peron wraz z pociągiem.
i coś niewypowiedziane, tak na koniec dnia.. co siedzi i czeka. i ja czekam. a ty przychodzisz do mnie czasem. bardzo rzadko, gdy jestem w Polsce. a ja czekam. choć szczęśliwa strasznie jestem.
Napisane w codzienne
expacting unexpacted
“jeśli wypijesz to piwo siedząc tu przy kominku, to będziemy cię stąd wynosić”. “spokojnie, zaufaj mi, ona wie co robi”. i zamiast ploteczek przy grzanym piwie (w moim wykonaniu winie) nieprzypadkowe spotkanie po drugiej stronie lustra. “tylko nie nazywaj mnie Marcin”. no dobrze, przecież nie mam zamiaru. i z takiej dziwnej energii w powietrzu stworzyliśmy ciekawą jakość. zdjęcia trzaskane “na oślep” w oparach babci, która za 4 minuty nie wpuści cię do domu, ale przecież mam klucze. tylko jak będzie chciała być złośliwa, to zamknie drzwi na zamek, którego nie otworzę..
otworzyłeś?
kupiliśmy bilety. klamka zapadła. jeszcze tylko kupić bilet do Bonn. jeszcze tylko.. a niech to, spotkać cię nawet na końcu świata.. pliiizzz, zaczekaj na mnie!
homo misticus..?
skończyłam czytać “spektrum świadomości” i jestem pod ogrmnym wrażeniem.. ukłony w kierunku Kena Wilbera. i pomyśleć, że napisał to w wieku 23 lat (ja w tym czasie zmagałam się z magisterką w jej fazie pre-kreacyjnej jeszcze.. ;)
to, co zrobiło na mnie niesamowite wrażenie:
zawsze doświadczając śmierci już Teraz, zawsze już żyjemy wiecznie. poszukiwanie jest zawsze zakończone
“Deszcz na spowitej mgłą Górze Lu
I wzburzone fale na rzece Cze;
Jeśli jeszcze tam nie byłeś,
Z pewnością żal przepełnia ci serce;
Ale kiedy już tam jesteś i zmierzasz do domu,
Jakże wszystko wygląda zwyczajnie;
Deszcz na spowitej mgłą Górze Lu
I wzburzone fale na rzece Cze.”
i kwestia świadomego życia w teraz:
lecz oczywiście przebudzenie wobec Teraz, ocknięcie się z nocnej zmory historii oznacza doświadczenie śmierci w Teraźniejszości pozbawionej przyszłości. “nic dziwnego – mówi Kirkegaard – że człowiek jest przerażony, albowiem między nim a Prawdą leży umartwianie”. niemniej, jak mówi św. Grzegorz: “nikt tak nie korzysta z Boga, jak człowiek na wskroś martwy” [dualny, podzielony]. i podobnie Eckhart: “Królestwo Boże jest tylko dla ludzi zupełnie martwych”. dlatego Ramana Mahariszi głosi: “w swoim czasie przekonacie się, że wasza chwała tam się zaczyna, gdzie przestajecie istnieć”.
jednak to umartwianie, Wielka Śmierć, to całkowite umieranie dla przyszłości w doświadczeniu tylko-Teraz nie jest, jak mówi o tym Coomaraswamy, “nagłą śmiercią” pod koniec życia, lecz “bieżącym umieraniem” w każdej chwili życia. “A czasem śmierci jest każda chwila”, jak zauważa TS Eliot. ale każda chwila jest tą chwilą, gdyż nie ma żadnej innej, zatem w tej chwili doświadczamy już “bieżącego umierania”, czyli zawsze budzimy się ku temu, co nie ma przyszłości, a zatem nie ma też przeszłości; ku temu, co nie zaczyna się w czasie, a zatem i w czasie się nie kończy; ku Nienarodzonemu, czyli ku Nieumierającemu
[K. Wilber, Spektrum świadomości]
i teraz gdyby mnie ktoś zapytał “ann, czy jesteś mistyczką”, powiedziałabym, że się staje, choć ujęcie tego w ten sposób, to kolejna z ról, w jakie wcielam się jako podmiot. kolejna próba zobaczenia patrzącego, a tym samym uprzedmiotowienie podmiotu (podmiot nie może patrzeć i jednocześnie być widzianym, obserwowanym ;)
Napisane w inspiracje różne
czekam na zdjęcia od Jude i.. tęsknię za tą dwójką. chciałabym żyć w takim miejscu jak ona i Matt czy John i Carolyne. moim marzeniem jest wspinanie w wysokich górach, choć wspinaczka sportowa zawsze będzie moją “pierwszą miłością” a tej się nie zapomina.
nigdy nie walczę z drogą i skałą czy moimi słabościami. przecież to nie są moi wrogowie. są częścią mnie, więc po co z nimi walczyć. jesteśmy całością, jesteśmy jednym.
Jude, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.. Matt, mam nadzieję, że jeszcze będziemy mogli rozdmuchiwać deszczowe chmury nad kanionem w Rode czy w Chamonix :)
czy ja znów tracę wiarę w.. ? ale ja przecież szczęśliwa jestem. to takie.. absurdalne, ale z drugiej strony wspaniałe. znowu sny o wspinaniu. i znowu tęsknota za sobą gdzie indziej. ech, ja tu nie potrafię żyć. choć tak bardzo się staram, to nie potrafię i żyje tylko myślą od jednego wyjazdu do drugiego a tu jestem tylko.. przejazdem ;)
którejś nocy, a może już nad ranem..
gdy rękę swą unosisz
by zgasić lampę..
o tysiące kilometrów
unosisz ode mnie
to jakbyś gasił
światło przy moim łóżku
gdy pochylasz się
nad filiżanką kawy..
o tysiące kilometrów
pochylasz się ode mnie
to jakbyś pochylał się
nad kubkiem,
który stawiam na stole
twoje myśli
zataczają kręgi wokół
mojej twarzy,
niczym w wody umysłu
rzucony kamyk
Napisane w codzienne, inspirowane życiem
perfection, czyli..
letter from a friend:
“I read a funny story about buses in Turky: A young swiss man complained to a turkish person at a bus stop that the buses are always late if they come at all. This person said to him very proudly “our buses are always one time, you have only to be there at the right time”. Perhaps in future you can decide more and more what’s the right time. Yes and another little story a friend told me about this perfect thing. If we normally speak about perfection that means a measuring system out of ourselves. We are perfect as we are but we know that in our inner essence, not in the tv, newspapers, friends…Ok, this friend told me, that he heard, that indian people when they make a carpet they put inside some mistakes do not to have this pressure to make a perfect carpet”
Napisane w codzienne
homo sum..
et humani nihil a me alienum esse puto.
“co najbardziej lubisz fotografować?” “krajobrazy..” nie słuchałam dalej, bo liczyłam, że padnie odpowiedź “ludzi”. parking przed marketem w Huesce, czyli pora na zakupy. i znowu odczucie dziwnej energii. jakiś narzucający się smutek i lęk biorący swój początek w czymś totalnie nieokreślonym.
przechodzimy przez przejście dla pieszych. na przeciwko idzie starsza pani z balkonikiem. mijamy się. po chwili odwracam się i widzę balkonik. nie ma staruszki. bezradna stoi 10 metrów dalej. boi się zrobić krok. decyzja z gatunku tych, których się nie po-myśli a odczuje. przyprowadzam balkonik. jest szczęśliwa, dziękuje mi, a ja biegnę, bo muszę dogonić Dave’a. nawet nie zauważył, że nie idę koło niego. staruszka prawie płacze ze szczęścia. “nie ma za co proszę pani, nie ma za co!” słyszę. słyszymy obie. pada z ust Dave’a. osłupiałam. nawet jej nie zauważył. nawet nie zwrócił uwagi, że stała bezradna nie wiedząc co zrobić. nawet nie widział, kiedy pobiegłam po wózek.
tłumaczę sobie, że nieważne. boli, ale nie ma to większego znaczenia. boli, bo to byłaś kiedyś ty.. teraz widzisz, jak ciężko było dotrzeć do ciebie.. ale aż tak, naprawdę było tak źle? dobra, daj spokój, ważne, że teraz jest inaczej. jesteś tu i teraz. teraz ty masz być nauczycielem. albo nie. nie w tym wypadku. po prostu bądź. przecież wiesz, że ta lekcja się zmarnuje, ale to nie jest twój problem. ty masz co innego do zrobienia. inne problemy, inne emocje do przepracowania. tak, emocjonalny rollercoaster po to, by w końcu zrozumieć, że wszystko jest w tobie. szczęście i smutek, lęk i miłość.. nikt ci tego nie odbierze, ani nikt ci tego nie da.
“ciekawe, z którego wieku pochodzi ten kościół?” “chyba XII, ale wiesz, że został przebudowany?” “tak?? a skąd wiesz?” “w zeszłym roku spędzałam tu dużo czasu. urzekł mnie, uspakajał.. przyglądałam mu się godzinami i któregoś dnia to po prostu zobaczyłam.” choć może lepiej byłoby powiedzieć od-czułam, ale tego ci już nie powiedziałam.
spokój, jaki mieszka w kanionie, jest nie do opisania. uwielbiam siedzieć zwłaszcza w sektorze Grand Boveda i las Ventanas del Mascun. lubię siedzieć na górze, przy eremii.
nie mogłeś tego zauważyć.. tego dnia wspinaliśmy się na Ventanasach. zaczęło padać. od godziny siedziałam i czytałam książkę. źle się czułam (choć wspinaczkowo padły tego dnia dwie szóstki c, w tym jedna sightem). słuchałam soundtracku z Hilamai i czytałam książkę o Tybecie. przysiadł się Mat i zaczęliśmy jeść suchą bagietkę. i po prostu gapiliśmy się na siwe od chmur niebo i deszcz. gdzieś dojrzałam mikroskopijny fragment błękitu. “rain, go away to Warsaw!”. i razem z Matem zaczęliśmy dmuchać w niebo, żeby rozgonić czarne chmury.. :) i jest to jedno z moich piękniejszych wspomnień..
gdyby w życiu nie było trudności, człowiek by się nie rozwijał. podobnie jak we wspinaniu. spadasz z drogi dotąd, dopóki nie nauczysz się wszystkich ruchów, dopóki nie wypracujesz patentu na pokonanie cruxa. ale jak już to zrobisz, masz niesamowitą satysfakcję. najpiękniejszym momentem jest wpięcie się do zjazdówki, najbardziej pouczającym – spadanie..
Napisane w climb more, spotkania