jeden taki dzień w roku, bardzo szczególny. Żaden inny nie skłania do myślenia, zatrzymania się na chwilę. Za godzinę idę z siostrą na Powązki. Czekałam na to cały rok. Wczoraj pożegnaliśmy mamę Bartka. Nie znałam jej dobrze. Widziałyśmy się kilka razy, odbyłyśmy kilka zdwakowych rozmów. Raz spotkałyśmy się. Na placu Wilsona u Bliklego. Bartek i Wawa mieli wtedy “ciche dni”, sytuacja zmierzała w kierunku jakiegoś absurdalnego konfliktu, który czemuś nie mógł wybuchnąć. Został zażegnany. Nie wiem kto i nie wiem jak, ale czuję, że to była ona. Ona sprawiła, że wszystko się wyprostowało. Zawsze umiera się za wcześnie. Nigdy nie jest na to odpowiedni czas. Ale to chyba nie jest odpowiedni czas dla nas, tych, którzy zostają. Ci, co odchodzą są już szczęśliwi. Wiedzą, w którym momencie życia zawiedli, a kiedy okazali się bohaterami na swoją miarę. Uświadamiają nam, że należy nie tylko spieszyć się kochać drugiego człowieka. Otwierają nam oczy na wybaczanie. Chcę, nie zawsze potrafię. Wczoraj stojąc na cmentarzu, zastanawiałam się, czy potrafiłabym powiedzieć cokolwiek na pogrzebie mojego ojca. Czy umiałabym powiedzieć o nim tyle dobrych i ciepłych słów, ile Bartek powiedział o swojej mamie. Czy przeszłyby mi przez gardło. Mam nadzieję, że tak. Chyba tak. Może nie aż tyle, ale jednego mnie nauczył – jak wybaczać drugiemu człowiekowi, jak wybaczać sobie i jemu.