bielizna i upierdliwy cieć, czyli..
..bardziej pod górę już być nie mogło. wczoraj zakupiłam bieliznę w ramach poprawy nastroju. zalosowałam śliczny trzypak klasycznych bawełnianych, milutkich w dotyku majteczek i.. w tramwaju zorientowałam się, że wzięłam nie ten rozmiar, co trzeba. nie zrażona niczym postanowiłam wymienić je dnia następnego. pojechałam rano do złotych tarasów, a pani powiedziala, że nie wymieni, bo takie mają zasady. na nic zdały się moje zaklinania, że nawet ich nie otworzyłam. jedno wielkie G. do tego rano moja kochana mamusia nastawiła pranie. białe rzeczy, do których wrzuciła trzy pary czerwonych majtek (które nie farbują). efekt – moje trzy nowiutkie staniki (które miałam dziś zamiara uprać ręcznie, ale nie zdążyłam) są różowe. no bomba!
i taki bieliznowy żarcik:
mężczyźni kupują bieliznę jak piwo – w 4- lub 6cio paku, a kobiety jak wino – białą lub czerwoną ;)
wczoraj miałam spęcie z panem cieciem w instytucie, który nie chciał wydać mi klucza (moje upoważnienie albo gdzieś się zapodziało, albo było wirtualne i do tej pory wydawali mi ten klucz ‘na gębę’). a wszystko przez to, że jak zwykle nie było go tam gdzie powinien jak przyszłam (gadał przez telefon paląc papierosa przed instytutem, a ja stałam i przyglądałam się mu czekając aż skończy). no to pan cieć musiał iść ze mną na drugie piętro i czekać aż poukładam książki, które przyniosłam, na półkach w odpowiednich miejscach. dziś mnie też musiał sprawdzać, jak brałam klucz od innego pokoju…

Dodaj komentarz