21/22.01 (Kaliningrad)

kontrasty. sushi kosztuje 15 zł, prawie tyle samo co piwo. bloki z wielkiej płyty, stare, rozwalające się samochody na ulicach, a obok nich porshe i bmw. obowiązkowo sklepy jubilerskie i sklepy z futrami. 10-piętrowe wieżowce w oknach których wisi pranie, na balkonach, dosłownie mydło i powidło, syf nieziemski, ale dziewczyny, które przychodzą do różnych lokali ubrane lepiej niż niejedna Polka… wygląda na to, że nikomu nie przeszkadza to, co się tu dzieje – śmiecie na chodnikach, błoto, dziury wszędzie, smród na klatkach, porozwalane skrzynki na listy.. w innych częściach miasta wygląda to nieco lepiej, ale i tak całość tworzy dość przygnębiający widok. zwłaszcza o tej porze roku.
ale ludzie tutaj naprawdę mają fantazję, zupełnie inne dusze…
nasz dzień wygląda tak, że wstajemy wg czasu kaliningradzkiego a chodzimy spać wg polskiego, co daje nam średnio 4-5 godz. snu na dobę. praca jest męcząca, zwłaszcza jak się ogląda ciągle to samo, pisze to samo… nużące, ale cóż zrobić, pracujemy. w przerwie gramy w bilard albo wychodzimy z Kostią na piwko. Kostia – pół Kozak, pół Prus. człowiek o tak nicującym spojrzeniu.. wspaniały człowiek. nie kupił samochodu, bo wydał pieniądze, aby odkupić od poszukiwaczy skarb rzymskich monet brązowych. zapłacił 2000 euro. i tak zrobił niezły interes, bo parę pojedynczych monet warte było tyle. za jedną sztukę. rozmawiam z nim po polsko-rosyjsku posiłkując się niemieckim. i tak zamiast „ostrożnie” mówimy „Vorsicht”, „ty znajesz” „kennst du” ;] najczęściej wymieniamy słowa, które brzmią tak samo po polsku jak i po rosyjsku na niemiecki. ech, warto było tu przyjechać, choćby po to, aby poznać te inne dusze.

~ - autor: anoola w dniu styczeń 25, 2009.

Dodaj komentarz