obserwacja zamiast oceny, zamiast analizy i interpretacji. być świadkiem, nie sędzią życia, innych ludzi. trudne to. staram się, lecz nie zawsze odnajduję dystans wtedy, kiedy jest on potrzebny. czasem przychodzi dwie sekundy później. tak też jest dobrze. najtrudniej jest nie oceniać, jeśli coś dotyczy mnie bezpośrednio. wtedy ocena jest odpowiedzią na pytanie o akceptację lub jej brak. dziś kolejna szansa na zmianę pozycji z sędziego na świadka. sędziego świata i samej siebie. chyba mi się udało. mimo że pojawiły się uczucia, prawie równocześnie pojawiła się świadomość i pytanie “po co?”. tak znacznie lepiej. potem wieczorem rozmowa, która potwierdziła, że bycie sędzią tej sytuacji byłoby kolejnym dowodem mojego neurotycznego podejścia do siebie. mojego ważenia każdego słowa, każdego gestu, bycia nie-sobą, z lęku przed brakiem akceptacji.
słowa, które napisała Treya Killam Wilber, w których odnajduję bardzo dużo siebie:
mój strach przed zależnością, przemożna potrzeba, by robić wszystko samodzielnie wynika ze strachu przed uzależnieniem się od kogoś, kto może mnie porzucić
dziś przypomniał mi się wiersz Krzyśka. bardzo lubiłam śpiewać te słowa:
tam
opuści mnie strach
już nie będę się bał
tam
srebrną linią trafię tam
przez horyzonty nieba
ziemi
ty
trafisz tam po śladach dni
w których byłeś ze mną..