drzwi ciszy
mają zawsze posmak
błękitu
tak ulotny
że nie sposób zatrzymać
go na dłużej

jak zapach rosy
po porannej
burzy..

remedium na dzisiejsze zamyślenie i wewnętrzny smutek okazał się być po raz kolejny Ken Wilber. kolejne dwie jego książki stanęły na mojej półce. kolejne dwie Lamy Ole Nydahla. koniec z kupowaniem książek. pora na intelektualną rozpustę :)
a jednak czasem złe przeczucia rodzą dobre reakcje. kilka wglądów w siebie. nawet jeśli coś jest nie tak, to chyba bardziej męczy mnie samo czekanie. czekanie na poniedziałek. mniejsza o to. po raz kolejny uświadamia mi to, że nie mówię ludziom, że są dla mnie ważni. tylko dlaczego to zazwyczaj następuje w takich chwilach.. w chwilach pełnych strachu i napięcia, w chwilach, kiedy myślisz “teraz, bo jutro może być za późno”.. a jednak dziś, teraz z jakichś nieznanych mi powodów, nadal tego nie robię. znowu napisany mail czeka. zapisany w folderze, wraz z kilkoma innymi o podobnej treści. no dobra, do poniedziałku. potem nieodwołalnie koniec z wymówkami i czekaniem “na trzęsienie ziemi”..

~ - autor: anoola w dniu lipiec 10, 2009.

Dodaj komentarz