la Gatera..

czyli otwór w drzwiach, przez który kot może wychodzić i wchodzić. czyli mój projekt w moim zdecydowanie ulubionym sektorze ventanas del Mascun, na Delfinie. czyli najbardziej szalona droga, jaką przyszło mi robić, choć jej nie skończyłam. po dniu restu spadłam za trudnościami. nie sięgnęłam do chwytu, a do obłego okapiku. dwa ruchy dalej można było odpocząć, dwa ruchy dalej wchodziło się w la gaterę, do przejścia której ręce nie były prawie potrzebne. przy moim wzroście i stopniu rozciągnięcia można się było zaklinować barkami, głową i tyłkiem. droga pozostanie na następny raz.. a szkoda. zrobiłam ją póki co z jednym blokiem. to było najlepsze przejście, nie licząc lotu za cruxem. wiem, że mogę, wiem, że ten poziom trudności jest w moim zakresie. choć chyba dużo bardziej satysfakcjonowałaby mnie droga za VI.3 na Jurze albo na Frankenjurze.
plan powrotu do Rode to nie tylko skończenie kilku 6c+ i 7a. to miejsce jest w jakiś sposób dla mnie szczególne. nie wiem, co w sobie ma, ale nie dość, że odpoczywam tu psychicznie, to jeszcze jakoś łatwiej mi dotrzeć do siebie. choć może tak jest z większością rejonów wspinaczkowych na west-cie. mam nadzieję, że w grudniu wyjdzie Margalef albo Chorro. w lecie obowiązkowo Ceuze albo Saint Legere.
z niecierpliwością czekam, aż Jude przyśle mi zdjęcia. na początku listopada przyjdą też zdjęcia od Dave’a. mam nadzieję, że wyśle mi je wszystkie (również te ze spaceru po kanionie i z wyjazdu do Saragossy). dziś w ramach namiastki wspinu w Hiszpanii ściana :)

a wczoraj.. szłam przez Chmielną, w kadr moich oczu wszedł (a raczej wjechał) pan na wózku inwalidzkim. na dłuższą, niż normalna, chwilę spojrzałam na niego i jak się już mijaliśmy powiedział, że mam piękne oczy. nie zdążyłam powiedzieć “dziękuję”..

~ - autor: anoola w dniu październik 16, 2009.

Dodaj komentarz