pięć osób..

.. które spotykamy w niebie. obejrzałam wczoraj i film natchnął mnie do życia z powrotem. idę dziś na medytację. może przywróci mi to trochę spokoju wewnętrznego i zmniejszy to całe rozedrganie..
a to, co z filmu zapisałam na leżącej obok niewysłanej pocztówce z Glasgow:

“there are no randome acts in life. we are all connected”
“the harm we do to others, we do to ourselves. nobody was born with anger. you need to forgive”
“if dies somebody you love, the memory is your partner. life has to have an end. love does not end”
“each life affects the other, and the other affects the next”

nieprzypadkowo spotkane osoby, do których spotkania dojrzewam cały czas, mają wpływ na moje życie. ostatnio najpiękniejszym takim spotkaniem był Jose. zdecydowanie mogę powiedzieć, że jest moim przewodnikiem. szkoda, że mieszka w Szwajcarii (dużo łatwiej by nam się było spotkać w Niemczech), ale może nie jestem jeszcze gotowa na kolejne spotkanie..? na razie mamy maile i telefony. na razie podnosi mnie na duchu i jest koło mnie w sposób mentalny, pozawerbalny. czasem mam wrażenie, że on po prostu wie, kiedy się pojawić. był ze mną cały czas, dodawał sił, kiedy borykałam się z kłamstwami Dave’a. yo soy la bruja.. DAve nie mógł w to uwierzyć i chyba nadal nie wierzy. a ja wiedziałam od początku, że jestem jedynie posłańcem z wiadomością dla niego. że nie zatrzymam się w jego życiu na dłużej. i.. raczej nieprędko nasze drogi skrzyżują się ponownie. tego jestem pewna, choć nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. wiem, że moim zadaniem było przekazanie wiadomości, udzielenie lekcji. czy z niej skorzystał? ja ze swojej na pewno. teraz tylko muszę dojrzeć do spotkania mojego nauczyciela, który zostanie w moim życiu na dłużej.
“are you a coupple?” i kolejna osoba spotkana pod skałami. nawet nie mam pojęcia jak się nazywa, choć mam numer telefonu. “no, we just climb together”. “mieszkam w Cheto, wpadniesz?” “może wpadnę, jak znajdę chwilę w resta”. “wyjeżdżam w poniedziałek, przyjdź”. nie przyszłam. zamiast tego nadal wspinałam się z Davem, choć męczyło mnie to okropnie. zła energia, za dużo kłamstw, za dużo kombinowania, sprzeczne informacje.. tego dnia skończyłam Amelie. wracałam ze skał już o zmroku. “hola, dziś wyjeżdżam”. “kiedy?” “zaraz, za pół godziny”. “rany, muszę zjeść, umyć się.. dobra, zaraz będę”. dość chaotyczne pożegnanie w samochodzie. “źle cię traktował, wszyscy to widzieli” “wiem, wszystko kręciło się wokół czubka jego nosa, ale to było dla mnie ważne z innych powodów”. “przestawiał cię z miejsca na miejsce, nie dbał o ciebie”. “wiem, wiem, on mnie oszukał. ma dziewczynę w Anglii. nie pytaj skąd wiem. po prostu wiem. wracam do Polski jutro, do Hiszpanii w grudniu. będziesz?” “w zimie będę w Kolumbii”. “cholera, to na wiosnę albo w lecie. będziemy w kontakcie. wyślij mi maila! muszę lecieć!”
nie wróciłam do Polski. rzucaliśmy monetą i wyszło, że mamy zostać. a ja nadal nie wiem, jak masz na imię..

ostatnio zadano mi pytanie (rozmowa toczyła się o szkołach filozofii, studiowaniu religioznawstwa i.. moim wielkim niezrealizowanym marzeniu, czyli wokalistyki na akademii muzycznej): “ann, czy ty jesteś mistyczką?” tak, nie wiem, kręci mnie synteza wszystkiego. i to, że każdy gość w moim życiu jest dla mnie prezentem i lekcją, posłańcem z wiadomością lub nauczycielem.
och, i już ostatnia inspiracja z czytanej ostatnio biografii Thomasa Mertona:
wszystko, co ty masz do zrobienia, to tylko pragnąć
[zatem pragnę i nie wątpię w realizację pragnienia. byle do Bonn & Berlina. byle do Chorro w grudniu!]

~ - autor: anoola w dniu październik 16, 2009.

Dodaj komentarz