homo sum..

et humani nihil a me alienum esse puto.
“co najbardziej lubisz fotografować?” “krajobrazy..” nie słuchałam dalej, bo liczyłam, że padnie odpowiedź “ludzi”. parking przed marketem w Huesce, czyli pora na zakupy. i znowu odczucie dziwnej energii. jakiś narzucający się smutek i lęk biorący swój początek w czymś totalnie nieokreślonym.
przechodzimy przez przejście dla pieszych. na przeciwko idzie starsza pani z balkonikiem. mijamy się. po chwili odwracam się i widzę balkonik. nie ma staruszki. bezradna stoi 10 metrów dalej. boi się zrobić krok. decyzja z gatunku tych, których się nie po-myśli a odczuje. przyprowadzam balkonik. jest szczęśliwa, dziękuje mi, a ja biegnę, bo muszę dogonić Dave’a. nawet nie zauważył, że nie idę koło niego. staruszka prawie płacze ze szczęścia. “nie ma za co proszę pani, nie ma za co!” słyszę. słyszymy obie. pada z ust Dave’a. osłupiałam. nawet jej nie zauważył. nawet nie zwrócił uwagi, że stała bezradna nie wiedząc co zrobić. nawet nie widział, kiedy pobiegłam po wózek.
tłumaczę sobie, że nieważne. boli, ale nie ma to większego znaczenia. boli, bo to byłaś kiedyś ty.. teraz widzisz, jak ciężko było dotrzeć do ciebie.. ale aż tak, naprawdę było tak źle? dobra, daj spokój, ważne, że teraz jest inaczej. jesteś tu i teraz. teraz ty masz być nauczycielem. albo nie. nie w tym wypadku. po prostu bądź. przecież wiesz, że ta lekcja się zmarnuje, ale to nie jest twój problem. ty masz co innego do zrobienia. inne problemy, inne emocje do przepracowania. tak, emocjonalny rollercoaster po to, by w końcu zrozumieć, że wszystko jest w tobie. szczęście i smutek, lęk i miłość.. nikt ci tego nie odbierze, ani nikt ci tego nie da.

“ciekawe, z którego wieku pochodzi ten kościół?” “chyba XII, ale wiesz, że został przebudowany?” “tak?? a skąd wiesz?” “w zeszłym roku spędzałam tu dużo czasu. urzekł mnie, uspakajał.. przyglądałam mu się godzinami i któregoś dnia to po prostu zobaczyłam.” choć może lepiej byłoby powiedzieć od-czułam, ale tego ci już nie powiedziałam.
spokój, jaki mieszka w kanionie, jest nie do opisania. uwielbiam siedzieć zwłaszcza w sektorze Grand Boveda i las Ventanas del Mascun. lubię siedzieć na górze, przy eremii.
nie mogłeś tego zauważyć.. tego dnia wspinaliśmy się na Ventanasach. zaczęło padać. od godziny siedziałam i czytałam książkę. źle się czułam (choć wspinaczkowo padły tego dnia dwie szóstki c, w tym jedna sightem). słuchałam soundtracku z Hilamai i czytałam książkę o Tybecie. przysiadł się Mat i zaczęliśmy jeść suchą bagietkę. i po prostu gapiliśmy się na siwe od chmur niebo i deszcz. gdzieś dojrzałam mikroskopijny fragment błękitu. “rain, go away to Warsaw!”. i razem z Matem zaczęliśmy dmuchać w niebo, żeby rozgonić czarne chmury.. :) i jest to jedno z moich piękniejszych wspomnień..

gdyby w życiu nie było trudności, człowiek by się nie rozwijał. podobnie jak we wspinaniu. spadasz z drogi dotąd, dopóki nie nauczysz się wszystkich ruchów, dopóki nie wypracujesz patentu na pokonanie cruxa. ale jak już to zrobisz, masz niesamowitą satysfakcję. najpiękniejszym momentem jest wpięcie się do zjazdówki, najbardziej pouczającym – spadanie..

~ - autor: anoola w dniu październik 18, 2009.

Dodaj komentarz