odbiłam się. w końcu odbiłam się od dna. przepłakane pół niedzieli przyniosło oczyszczenie. i cały czas powtarzana mantra, że jeśli nie może być gorzej, może być już tylko lepiej, po raz kolejny ukoiła mój umysł. jest lepiej. jeszcze nie idealnie. nie tak, jak było, ale wychodzę na prostą. znowu wspinanie sprawia radość, a medytacja zatrzymuje gonitwę myśli. jeszcze tylko cierpliwości. jeszcze tylko troszkę wiary, że wszystko ma swój koniec. nawet ten doktorat, który niczym tonowa kula u nogi zakotwiczył w mojej głowie…..
nie wiem, czy ten link się doda, ale od pół godziny nie wychodzi to z mojej głowy :)
http://www.reverbnation.com/play_now/song_8051332
Oj powspinałbym się, oj bardzo, no ale cóż… Kiedy łapię spokój to jakoś wiele się układa, ale ten czas pchnięty o godzinę, nie wiem po co, jakoś mnie wytrąca z równowagi, ani medytacja, ani modlitwa, coś się kręci, a ja nie lubię nie wiedzieć. O, doktora, sam mam, jakbym wiedział z czym to się je to nie wiem, czy bym robił, a ja jak na złość w ogóle tymi tytułami przed nazwiskiem się w ogóle się nie przejmuje, czym wzbudzam tu i ówdzie prawdziwe zaniepokojenie. Bo ot tak okazuje się, że ktoś zna mnie, a ja za nic miałem, mam i będę miał, doktorat. Owszem wiele się przydaje, ale ogólnie…
bardzo ładnie pisane.
No i się nie dowiedziałam, czy pozytywne wibracje się utrzymały :)
Co u Ciebie?