Category Archives: climb more

jak Kuba Bogu, tak..

Bóg Kubańczykom..
wiem, nie byłam ostatnio zbyt przyjaźnie nastawiona dla świata. ale czy to oznacza, że należy dać mi buzi na „do widzenia” i wsiąść w kolejkę w kierunku domu i zostawić samą o 22.30 w dzielnicy pełnej Turków i Arabów?
yo-non-kurwa-entiendo. jadę w skały. sama. jeśli tylko Chris się odezwie, a za tydzień do Dublina. mam to w dupie.

hm.. dawno nie było żadnych zdjęć.. ;) so, so, so…

był mózg wspinacza, jest i tyłek, gdyż i tak mam wszystko w dupie :P

wrong

Reklamy

biuro rzeczy znalezionych

mózg wspinacza :)

trouble is my middle-name

„oglądałaś Avatar?” zanim zdążyłam pomyśleć ile to już osób mnie o to pytało, usłyszałam tylko swoje krótkie „nie”. „bo ja właśnie wczoraj kupiłem soundtrack i od dwóch dni nie przestaję słuchać”. z ciekawości i ja słucham. na youtube.
napięcia, napięcia i jeszcze raz napięcia. dobrze, że Loui poleciał dziś do Hiszpanii, dobrze, że wróci dopiero za dziesięć dni. może nabiorę dystansu, znajdę odpowiedzi na pytania.. my niestety żyjemy na różnych planetach, oddychamy innym powietrzem, mówimy innym językiem. on mówi, ja milczę (trochę mu na złość); on chucha i dmucha na siebie, ja się przetrenowuję..
wczoraj bouldery, dziś bouldery, jutro lina. a pojutrze chyba poczuję pozrywane ścięgna. ale.. to dopiero pojutrze. na razie muszę jeszcze zrzucić dwa kilo, wtedy będę miała najlepsze proporcje wspinaczkowe :) na razie wróciłam do mojego standardu i znowu potrafię się podciągnąć na drążku :D jeszcze 2-3 kg i trochę wytrzymałości i będę biegać w przewieszeniu. jutro wspin z Ronim. zobaczymy co ze mnie będzie w tym sezonie :D

umyłam dziś okna. wiosna wygląda cudownie przez czyste szyby (:

z kozacką fantazją..

wzloty i upadki, wspinaczkowe „ups & downs” są niestety nieuniknione. życie jest jak jedna wijąca się sinusoida. po fantastycznym poniedziałku, nastał fatalny czwartek i znów ujawniło się moje oblicze, które Al czy Janek nazwali we Francji „frustracja z uśmiechem na ustach”. wspinaczkowo – dół totalny, ale jak rzadko kiedy, byłam chyba w 150% skoncentrowana, każdą chwilę przeżywałam wszystkimi komórkami swojego ciała.. mimo słabej formy czułam się po prostu cudownie. w piątek znacznie lepiej. po raz kolejny udowodniłam sobie, że niemożliwe jest możliwe i nagle ruchy na drodze, które wcześniej wydawały się zbyt długie, nagle okazały się być wykonalne. niestety wymagają użycia większej ilości siły, ale nie znaczy to, że nie da rady ich wykonać. wczorajszego wieczoru nie udało się „niestety” zakończyć – jak na białych ludzi przystało – po wspinaniu, względnie po jednym, dwóch piwach, które zaplanowaliśmy wypić później. mój wczorajszy wieczór, po raz pierwszy od lat chyba trzech, zakończył się o 7.30 rano, kiedy na wpół przytomna, acz trzeźwa, (po śniadaniu zjedzonym na dworcu w Kiel o 5.30), z po omacku zmytym makijażem, padłam nieżywa na łóżko. obudziłam się 4 godziny później :) i jutro jeszcze nie pójdę się wspinać. let’s wait till monday :)
cały dzisiejszy dzień upłynął mi na poszukiwaniach mieszkania w Berlinie. już w poniedziałek okaże się z jakim skutkiem, ale jako że głupi ma zawsze szczęście a koty zawsze spadają na cztery łapy (w dodatku nie masłem na dół), jestem dobrej myśli. rację miał jednak Forrest Gump – życie idioty to nie bułka z masłem (nigdy nie wiesz, na co trafisz ;)

as a heroine in my blood..

trzy dni w Kilonii. trzy dni w ciszy, które kończę już w Schleswigu, wsłuchując się w ciszę zamku i tykanie zegara, który wisi za moimi plecami. byłam tak zmarznięta, że moje ciało walczyło z każdą minutą o odrobinę ciepła. gorąca kawa zamarzła we mnie. dopiero po długim, ciepłym prysznicu czuję, że najdrobniejszy mięsień, najmniejsze ścięgno w końcu rozluźniają się. nie walczą. nie ma w nich napięcia.
zima daje się we znaki. czasem zastanawiam się, czy ona jest w ogóle do czegokolwiek potrzebna, ale tak, jest potrzebna. właśnie po to, aby zatrzymać się nad sobą, posiedzieć w ciszy, nie goniąc nigdzie w chaotycznym rozbieganiu. po to, by usiąść z książką przy kubku gorącej herbaty, by obejrzeć zaległe filmy… nigdy nie chce mi się tracić czasu na to w lecie. ładna pogoda oznacza wyjazdy w skały, wspinanie, wspinanie i jeszcze raz wspinanie. wspin jest dla mnie jak narkotyk. jak heroina w moich żyłach. daje kopa, czuję się czasem jak na high’u. gdy nie mogę się wspinać, czuję niesamowity głód. głód wspinania, nowych wyzwań, ale… i bycia obecną bardziej, niż chodząc „w poziomie” po ziemi. i choć nadal mój projekt 7a nie został zrealizowany, to czuję, że moje ciało coraz bardziej łaknie tego ruchu, tego dotyku czasem zimnej, czasem wręcz rozgrzanej do czerwoności skały.. wapienia, piaskowca czy granitu. tu i teraz. koncentracja na ruchu, pozbycie się wszelkich niepotrzebnych myśli.. to jak medytacja, tyle że w ruchu, tyle że w pionie.. w piątek wspinałam się głównie z liną. w przerwie spróbowałam po raz kolejny mój projekt boulderowy. dotąd, wszystko szło gładko, oprócz pierwszego ruchu. usiadłam na materacu. pojawiła się myśl – zdejmij uprząż, jesteś przez to cięższa. nie, nie, teraz albo nigdy. stopa postawiona na strukturze, tu tarcie jest całkiem dobre. w prawej dłoni niebieska krawądka, lewa ręka na dość dobrym chwycie, przed oczami długie sięgnięcie do niebieskiej klamy. ja i niebieski, przykręcony do szarej struktury chwyt. nikogo poza tym nie ma. nie widzę nawet chwytów, które są przykręcone „po drodze”, pomiędzy żółtym chwytem w mojej lewej ręce, a niebieskim celem. wstaję. lewa ręka sięga niebieskiego chwytu. pełnia szczęścia. kolejne ruchy już znam, idą gładko. czerwony chwyt. nogi idą „po rękach”. teraz trzy małe, ale dobre zielone krawądki w lekkim przewieszeniu, nie ma stopni, ale za to dobre tarcie, gdzieniegdzie maleńkie stopnie, wyrzeźbione w strukturze. prawa ręka sięga ostatniego chwytu. zeskakuję na materac usatysfakcjonowana. uwielbiam takie momenty. choć potrzebne są też chwile porażki. Lehrstunde – jak to pięknie określają Niemcy; chwile próby, lekcje pokory. negatywne zdarzenia, słowa, myśli – wszystko to przemija, okoliczności zmieniają się, a wraz z nimi zmienia się postrzeganie, nasz odbiór rzeczywistości. nie ma więc sensu złościć się i płakać, że teraz jest źle. to co jest złe teraz, może mieć dobre skutki w przyszłości. nie znamy przyszłości, więc nie ma sensu osądzać teraźniejszości. najlepiej po prostu być.

praca nad archiwum Rudolfa Grenza przyniosla ciekawe „stare nowosci” jak rowniez przerozne smaczki. ponizej moj abolutny faworyt ;)

patrz w morze – patrzenie w wodę uspakaja..

najstraszliwszą chorobą człowieka jest zobojętnienie na świat.. wróciłam dzień wcześniej. jakie to dziwne słyszeć znowu polski język na ulicy. ostatnio łapię się na tym, że nie myślę po polsku. zazwyczaj po niemiecku. czasem dochodzi angielski.
pobyt we Francji ciężki. generalnie był to jeden z gorszych moich wyjazdów, ale takie też są potrzebne. wyjazd, na którym zostałam zapytana przez wiecznie narzekającego i niezadowolonego kolegę „czy ty zawsze musisz być taka radosna i szczęśliwa?”. tak, muszę, bo życie jest za krótkie, żeby przeżywać je inaczej niż w zachwycie.
wigilia. przyjechaliśmy do La Turbie. mieścina maleńka, położona na 600 czy 800 metrach n.p.m. poniżej Monako i Nicea. dzień spędziliśmy w samochodzie. wraz z mistralem nadeszły opady. lało cały dzień tak, że nie dało się nawet rozbić namiotu. kolejny dzień przyniósł słońce i przecudowną pogodę. pierwszy z dwóch ładnych dni przez całe dwa tygodnie. w sylwestra kolejna zlewa. psychicznie byłam na granicy wszystkiego – zmęczona pogodą, wiecznym narzekaniem Ala, brakiem możliwości odcięcia się od tego.. byłam skłonna wracać do Polski samochodem z ludźmi z Wrocławia, którzy dzień wcześniej przyjechali z Les Calanques. poddaliśmy się decyzja była prosta albo Kalanki albo powrót do Polski. pojechaliśmy do Les Calanques w okolicach Marsylii. namiotów nawet nie zwijaliśmy; wrzuciliśmy tylko mokre do niebieskiej torby z ikei. 100 km od Monako postój na parkingu. gotowanie obiadu i suszenie namiotów. trochę mnie to podniosło na duchu.
sylwestra spędzaliśmy siedząc na karimacie w grocie, patrząc na skały i morze, popijając winko i zajadając ostatnią czekoladę. smaczku wszystkiemu dodawała pełnia księżyca. było jasno jak w dzień. obok w Grocie niedźwiedzi grupa Francuzów zrobiła sobie imprezę przy ognisku i świeczkach. sympatyczni ludzie, ale jak zwykle Al był niezadowolony, więc wycofaliśmy się na naszą miejscówkę. następnego dnia.. powrót do rzeczywistości z La Turbie, czyli deszcz. razem z Jankiem poszliśmy na spacer na plażę. cudowne, spokojne miejsce.. Janek opowiadał mi o „szalonym artyście”, który mieszka na terenie parku w Kalankach i maluje na skałach. mało kto go widział. może trzeba do tego dojrzeć, żeby go spotkać lub żeby on sam dał się spotkać.. znane są tylko jego „mieszkanka” w grotach i rysunki. to jedyny znak, że człowiek istnieje naprawdę.

dwa ostatnie dni były tak zimne, że trzeba było się ruszać non stop, żeby nie marznąć. spaliśmy w namiotach. w puchowym śpiworze było mi ciepło. gorzej rano, kiedy słońce było nisko lub nie było go wcale. do tego silny wiatr z północy przynoszący ładną pogodę, ale też i zimno. nie mogłam się już wspinać. palce marzły. nie miałam też specjalnie na to ochoty. Al pozbawiał mnie całej radości, jaką zazwyczaj czerpię ze wspinu. chodziłam na spacery. Les Calanques to piękne miejsce. choć wolę Hiszpanię, to na pewno kiedyś tu wrócę, może w marcu przyszłego roku? albo po obronie doktoratu, koło lutego-marca 2012? to moje pierwsze w życiu postanowienie noworoczne :)

a w dole było Monako.. ;)

się dzieje..

czyli grunt to mieć ułańską fantazję. zamiast jutro wyjeżdżamy w sobotę, zamiast samolotem to samochodem i zamiast na południe Hiszpanii, to na południe Francji.. ale przynajmniej będzie śmiesznie. mam tylko nadzieję, że nie będzie padało, bo ja się w dachu nie powspinam za dużo, ale ważne że nie będziemy siedzieć w święta za stołem :)