Category Archives: Hallo Rzesza

niepowtarzalny weekend..

o międzynarodowym zabarwieniu, czyli wizyta mojego kolegi z Anglii w Berlinie

dzień pierwszy – przyjazd
poszłam na ściankę. sama, bo mój współlokator Daniel wyjechał. poznałam jednego Niemca i dwóch Hiszpanów (jeden rudy, drugi blondyn, to przecież typowe dla Hiszpanów, że mają jasną cerę). zabawa zajefajna, ale niestety o ósmej musiałam się zawinąć na lotnisko. Dave vel David M. P. nic się nie zmienił odkąd go ostatni raz widziałam. bujna blond grzywa i opalenizna z Kilimandżaro, czy też dżungli poniżej. prawie się spóźniłam na
lotnisko. to znaczy nie prawie, ale zanim odebrał bagaż dobiegłam do punktu arrivals. uff. w Berlinie są trzy lotniska, z czego jedno nie funkcjonuje a dwa pozostałe są na zadupiu, ale z całkiem niezłym dojazdem. wsiedliśmy zatem w S9. Dave rozemocjonowany, że oto znalazł się w tej najtańszej stolicy Europy i że mnie zobaczył po 4 miesiącach „rozłąki”.. ach, no i zapomniał biedaczek, że nie stawia się nóg w butach zimowych, ociekających topniejącym błoto-śniegiem na fotelu na przeciwko. myślę sobie, to mój gość, w dodatku tak pięknie opowiada o Tanzanii i Kilimandżaro, wszyscy dookoła słuchają.. nie odważyłam się przerywać potoku jego pięknej angielszczyzny rodem z południowego Londynu ;) (gestykulację zaczerpnął chyba od głównej odtwórczyni roli Esmeraldy czy innego Jose Antonio z serialu produkcji pd.amerykańskiej)
całe szczęście dojechaliśmy, nikt nie zwrócił mu uwagi (pewnie tak się zasłuchali w jego opowiadania..)

dzień drugi – muzeum żydowskie i galeria sztuki współczesnej
pobudka dość wcześnie, ale nie nastawialiśmy budzika. otworzyłam oczy i.. uszom nie wierzę „I’ll do some coffee”. Cool myślę sobie (choć po trzech dniach z Davem tego słowa NIENAWIDZĘ). po kilkakrotnym powtórzeniu kwestii „I’ll do some coffee” (nie, nie, nie kręciliśmy po raz kolejny tego samego ujęcia, wszystko odbywało się na żywo) ja wstałam i zrobiłam kawę „Cool Ania, that was very nice, very good. Coffee is very important in the morning”. Osz w mordeczkę, powtórkę z Hiszpanii czas zacząć. zrobiłam śniadanie. posprzątałam po śniadaniu. wychodzimy. starałam się siadać w tramwaju tam, gdzie nie było możliwości założenia nóg na siedzenie na przeciwko. czasem bez skutku.
muzea. galeria sztuki współczesnej to tak trochę spontanicznie, było po prostu obok. muzeum żydowskie – awesome! very good, really very good. it’s the most impressive thing he has ever seen.. and the holocaust tower… he wasn’t speachless na nieszczęście, bo gadał jak nakręcony, jakie to awesome and very good. niczym amerykański nastolatek po wypaleniu haszyszu zagryzanego amfą.. TALKATIVE.. kolejna galeria. również gadał jak nakręcony, a ja tylko odliczałam od 10 do 1. po południu zakupy na obiad. zaoferował się, że zapłaci (po tym jak wyżarł mi i Danielowi pół lodówki i przyczynił się do wykończenia baileysa). ugotował (!) obiad. ja pomagałam, bo pewnie gdybym nie wstawiła ryżu, to nawet by nie zaczął. oczywiście
posprzątać i pozmywać musiałam ja. wieczorem film. zasnęłam przy Vicky Cristina Barcelona. zmęczona byłam całym dniem na powietrzu i sprzątaniem. czas na prysznic. ale zanim prysznic, moja prośba pierwszego dnia, żeby nie zamykał drzwi do łazienki, bo koty mają tam kuwetę. czułam się jak katarynka powtarzając to samo średnio trzy razy dziennie. łazienka, czyli prysznic lub kąpiel. Dave wybrał to drugie. jakież było moje zdziwienie gdy weszłam do łazienki. no ja rozumiem, można zapomnieć spłukać po sobie wannę, ale żeby zapomnieć wypuścić wodę z wanny? (już nie mówię o spuszczaniu wody w toalecie..). wdech. wydech. reszta dni wyglądała bardzo podobnie, z jednym małym wyjątkiem. mianowicie śniadanie dnia następnego i
tegoż dnia zakupy na wieczór.

dzień trzeci
rano nakarmiłam koty. Dave angielskim zwyczajem postanowił zjeść jajka (i do tego użył prawie całą paczkę szynki w plasterkach jaką miałam). ja uznałam, że zjem muesli z jogurtem, ale zanim śniadanie, należało
posprzątać kotom kuwetę. zajęło mi to dłuższą chwilę, bo torba ze żwirkiem była dziurawa i jak już ją miałam odnieść na miejsce, to zaczęło się z niej sypać, więc w ruch poszedł odkurzacz. w międzyczasie jajka Dave’a były gotowe. ja już skończyłam sprzątanie, poszłam zrobić sobie herbatę i muessli. jakież było moje zdziwienie, gdy Dave w międzyczasie zjadł swoje śniadanie, nie czekając na mnie. ok, jajka muszą być ciepłe, ale wystarczyło mi pół minuty, żebyśmy zjedli śniadanie razem.. no i zakupy. (ach, zapomniałabym o kolacji, którą jedliśmy we włoskiej knajpie).
oto kolacja. specjalnie w tym celu Dave zabrał z Anglii koszulę. ok, muszę przyznać fajna koszula. ale tego dnia akurat, najpierw wizyta w Pergamonnmuseum, do którego załatwiłam bilety, ergo 20 euro w sumie do
przodu („that’s the biggest collection of antient art, I’m sure!” i na nic się zdały moje zapewnienia, że kolekcja w Rzymie jest równie duża..). w muzeum nieco zażenowana rzucałam porozumiewawcze spojrzenia paniom/panom z obsługi, gdy po raz kolejny zwracali mu uwagę (po niemiecku, bo Dave cały
czas udawał, że mówi i rozumie tym języku), żeby 1. nie dotykał, 2. nie opierał się, 3. uważał na eksponaty czy innych zwiedzających (podeptał mnie z milion razy przez te trzy dni). po muzeum poszliśmy na spacer na
Kudamm – czyli Krakowskie Przedmieście Berlina (mnóstwo fajnych i drogich sklepów). w jednym z nich Dave zakupił koszulę (przecenioną z około 100 na 24 euro), po czym usilnie mnie namawiał, żebym kupiła sobie (zajebisty, nie mogę zaprzeczyć) płaszczyk wiosenny za jedyne 290 euro i jeansy za 160 (euro oczywiście). wracając do kolacji.
po raz kolejny myślałam, że się przesłyszałam, bo Dave zaprosił mnie na tę kolację. Peanom na cześć kuchni włoskiej nie było końca. jedzenie rzeczywiście znakomite, rachunek jak za dwa dania główne, przystawkę, dużą butelkę prosecco, kawę i czerwone wino (lampkę) naprawdę niewielki 49 euro.. zapłacone. wychodzimy. nie miałam gotówki przy sobie i głupio mi było diabelnie, bo oczywiście Dave nie zostawia napiwków
(wcześniej w kawiarni zostawiłam ostatnie drobne). tym bardziej było mi głupio, bo obsługa kapitalna, lokal naprawdę przyjemny, a jedzenie pierwsza klasa. nic to. wracamy do domu. po drodze zakupy. butelka prosecco („this one will be very good” powiedział znawca kuchni włoskiej), sok pomarańczowy (zaznaczam, że ja nie pijam słodkich napojów, o czym mój rycerz na białym rumaku wiedział) i mleko do kawy (na moją jedną kawę Dave pija trzy). przy kasie spojrzenie – masz pieniądze? na nieszczęście nie miałam, bo nie było
po drodze żadnego bankomatu, a może i na szczęście, bo po raz kolejny zasnęłam przy filmie i Dave wypił sam całą butelkę prosecco, soków ja się nie tykam, no mleko jeszcze stoi w lodówce.

dzień czwarty ostatni – Hamburger Bahnhof,
czyli kolejna galeria sztuki nowoczesnej
nie-znawcy przedmiotu mają to do siebie, że wszystko „is very good, very good..” galeria ciekawa, olbrzymia, bo na terenie dawnego dworca. może nie central w Warszawie, ale na pewno większe od wschodniego. znużona byłam tymi wszystkimi „cool, very good” gadkami. mi się niektóre rzeczy podobały, inne nie. jednych nie rozumiałam, inne chyba tak. ale zdaniem Dave’a wszystko było bardzo dobre. poza jednym wyjątkiem – filmem, na którym gość ubrany w białą koszulę, postawiony na białym tle, krzyczał przez 3 min. 28 sek. potem
wszystko zaczynało się od nowa. miałam ochotę stanąć na jego miejscu ;)
reszta dnia wyglądała podobnie, jak poprzednie. obiad, który nawet ugotował (ja posprzątałam). i potem dzięki Bogu pojechał. „we will be in touch!” mam nadzieję, że nie… całe szczęście nie naciskał zbytnio, żebym
jechała z nim na lotnisko, więc odwiozłam go tylko do bezpośredniego tramwaju na Schoenefeld.

i jeszcze kilka szczegółów:
Design vel dizajn
Dave, odkąd skończył lat 25 jest wielkim fanem dizajnu. nie lubi jak ludzie wrzucają na siebie tanie rzeczy czy perfumy. sam jeździ porshe carrera, co prawda 30-letnie, ale szpan jest. używa DROGICH perfum Armaniego (sama mam butelkę kupioną na jakiejś strefie bezcłowej w Europie i nie była jakoś przerażająco droga, a perfumy męskie są zazwyczaj ciut tańsze).
buty.. może i kiedyś to można było powiedzieć, że dizajnerskie, teraz co najwyżej w stanie mega opłakanym, do tego brudne. no dobra, czepiam się, jest zima, śnieg topi się od soli. moje też są trochę brudne. (aha, z Hiszpanii pamiętam koszulę hugo bossa. wyglądała jak przeciętna koszula z Zary czy innego H&M) kończąc o butach. weszliśmy do sklepu z butami. Dave ma zazwyczaj problem z ich kupieniem, bo „w tej części Europy nie miewają jego rozmiaru” mianowicie 47. ale pani znalazła jakieś buty. przymierzył. były to „dizajnerskie” buty levisa czy conversa ;) za 70 euro. ale chyba ktoś go oszukał i nie w Anglii się urodził a w Szkocji, bo podziękował twierdząc, że za małe (sraty taty dupa w kraty).
szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia jego spodni.. czarne „baggy” jeansy, do tego pasek skórzany i koszulka firmy, dla której robi zdjęcia sprzętu turystycznego (takie koszulki w ilościach hurtowych dostaje za darmo.. ja czasem dostaję od niego plecaki. całkiem fajne plecaki. najpierw oczywiście „pozuję” do zdjęć reklamowych tychże plecaków)
okulary. dizajnerskie, o tak. tu mu się udało. zdecydowane oprawki. jedyny dizajnerski szczegół wyglądu Dave’a (sposób bycia też chyba możemy uznać za dizajnerski)

dodać powinnam jeden szczegół jeszcze o tym jak Dave gotuje. odważny rycerz w kuchni skaleczył się. plaster został znaleziony. krew się lała i była wszędzie. cały tył białej bluzy miałam umazany jego krwią, a z
włącznika lampki w salonie wytarłam ostatnie resztki wczoraj. oczywiście na podłodze była od kuchni do łazienki. dziś podczas sprzątania znalazłam jeszcze plamy krwi w salonie..
a i najlepsze. zginął mi kabel do ładowarki do aparatu. ponieważ rzeczy Dave’a leżały rozrzucone absolutnie wszędzie, poprosiłam, żeby zerknął, czy PRZYPADKIEM nie zgarnął mojego kabla gdzieś do plecaka. „no, no it’s
impossible”. kabel na szczęście udało mi się znaleźć (Dave zaczął sprawdzanie w MOICH szufladach) zanim po raz kolejny musiałabym poprosić, żeby zajrzał do swojego plecaka (ja mu przecież nie będę grzebać w jego
rzeczach).
pozostając przy zdjęciach.. (ha, mam satysfakcję, bo najlepsze zdjęcie zrobiłam JA, w dodatku powtórzył mój kadr, jak mu je pokazałam). Dave jest osobą, która „underestimate himself”, dlatego też z ponad 500 zdjęć jakie zrobił zostało 200, ale za to te są „very good shots, really very good shots” część to „really good portrait of you, Ania”, choć o zrobieniu dobrego zdjęcia mojej twarzy nie ma absolutnie bladego pojęcia.
i na koniec pozostając w temacie „underestimate myself” Dave jest znakomitym masażystą! (po ściance bolały mnie mięśnie barków). tak bardzo znakomitym, że kazał mi się położyć na miękkim (!!) materacu. straszno czy śmieszno, najważniejsze że już poniedziałek. najważniejsze, że mam już błogi spokój :)
ommmm!


Berlin, Ostbahnhof

ufff,
wdech, wydech, wdech, wydech… ale przynajmniej mam zdjęcia z Berlina! (czego nie mogę powiedzieć o zdjęciach z Saragossy, gdzie pojechaliśmy razem w dzień resta i większości zdjęć wspinaczkowych, które Dave publikuje w brytyjskich pismach wspinaczkowych i zarabia na tym niemałą kasę)

właśnie posprzątałam mieszkanie, bo wyglądało jak po inwazji Hunów

Reklamy

mój jest ten kawałek podłogi.., czyli tematyka mieszkaniowa

dziś kolejny mail z cyklu Hallo Rzesza. tym razem tematem przewodnim będą perypetie mieszkaniowe. moje perypetie mieszkaniowe są równie zabawne, co kolegi mieszkającego w Irlandii. otóż.. za tydzień przenoszę się do Berlina. mniej więcej tydzień temu moje złudzenia o posiadaniu w tymże wspaniałym mieście mieszkania, rozwiały się niczym cumulusy latem na niebie. wiadome mi było, że koleżanka mojej mamy ma córkę, która mieszka w Berlinie (z mężem czy narzeczonym). poprosiłam więc o pośrednictwo, gdyż koleżankę mamy znałam, jej córki nie. rzeczona koleżanka mieszka dla odmiany w Szczecinie. dziś dostaję wiadomość „Aniu, mam dla ciebie mieszkanie. jest umeblowane, kawalerka. na ósmym piętrze, w centrum… Szczecina”. zaniemówiłam z wrażenia. ale tym razem, bohaterem dzisiejszego odcinka z cyklu „hallo Rzesza”, będzie..

„lodówka. I nie ta na dworze, bo (no teraz to mi pozazdrościsz), ostatnio nawet z otwartym szyberdachem śmigałem, tak tu przyjemnie było:) Ze lodówka w Polsce i na zachód od Polski wiem i ja, i pan młody (w lutym będziemy uczestniczyć w ślubie – przyp. red.), zwłaszcza że częścią naszej pracy jest przygotowywanie raportów pogodowych. Pytanie, czy Marek podzielił się ta wiedza ze swoja przyszłą zona:) Powiem szczerze, boje się tego co nas tam czeka, oj tam nas, Ciebie, ja wskoczę w seksi kalesony i będę się szeroko uśmiechał, ale jeśli Ty się przez to wszystko pochorujesz albo członki (haha) poodmrażasz, w żałości się zanurzę i przyjmę każdą pokute, a i tak sumienie będzie mnie męczyło.. Także trzymaj się rozkazów czytającego w myślach Führera, najważniejsze, aby było ciepło:) Dywersantka dygresja, juz wracam do lodówki, tej w Limerick, lodówki wielkości 21” telewizora, lodówki przeczącej zasadom mojego żywieniowego Lebensraumu, wypełnionej sześcioma jajkami (kurzymi:)), pudelkiem margaryny, 30 dkg wędliny i polowa ogórka z miejscem na… moja polowe ogórka. Poprosiliśmy wiec o dodatkowa, większa. I dostaliśmy dzisiaj.
Zamra-kurwa-zarke!
Moj współlokator wniebowzięty, a ja się zastanawiam, jak ten eksperyment behawioralny wpłynie na mój dotychczasowy tryb życia. Bo tak, do tej pory zdarzało mi się coś ugotować, a z dniem jutrzejszym chyba należałoby pozbyć się dwóch rodzajów oleju, trzech rodzajów octu i 30 różnych przypraw. Ale co tam, będzie dobrze, w końcu łazienka wielkości Pałacu Kultury:)

Pytałaś o ogród… Taa, ogród kojarzy się z zielenią… Nic z tych rzeczy, właściwszym słowem byłby „yard”, kawałek wysypanej kamieniami, ogrodzonej wysokim płotem ziemi:( Ale będzie gdzie poczytać książkę podczas jednego z 60 bezdeszczowych dni w roku:) A ja ciągle o tym domu, ale to właśnie przeprowadzka zaprząta mi głowę przez ostatni tydzień… Zrozumiesz mnie doskonale, no może nie doskonale ale trochę (bo po prawie 3 latach rzeczy mam odrobinę więcej:))gdy znajdziesz wreszcie ta kawalerkę w Berlinie:) Wracając do wesela – ślub w Kościele Św. Wojciecha (o ile znajdziemy:)) o 16-tej, Twoje okrzyki typu „Jeszcze nie jest za późno!” spotkają się z absolutna aprobata:)

Ps. Kapsel łyżką? Gdybym wiedział, na urodziny wysłałbym Ci otwieracz.

Pa!”

[ostatni Ps. to komentarz do mojej relacji z prób otworzenia butelki wody mineralnej na kapel (!!) przy pomocy łyżki. tak, w Dojczlandii można jeszcze kupić butelkę wody mineralnej o pojemności 0,25 l zamykaną kapslem. po tym jak udało mi się otworzyć ją łyżką, dwie kolejne otworzyłam przy pomocy trzeciej butelki. dziś już niestety została tylko jedna butelka do otworzenia, a ja nie mam zapalniczki, więc.. zrobiłam sobie kawę ;) nie no łyżkę mam, ale tamten wyczyn był z gatunku ‚once in a lifetime’]

jutro wspinanko, wiec postanowiłam się nieco zainspirować

Rodellar, photo by Jude Spancken

na „dobry” poczatek tygodnia,

czyli kolejny mail z cyklu „hallo Rzesza, hallo Shannon”:

Idac dzis do pracy wyobrazalem sobie spokojny poczatek nowego, nareszcie zwyklego tygodnia. Zamiast tego przywital mnie odor moczu, mokra wykladzina i ewakuacja biura. Ja wiem ze odwilz, rozumiem, ze rzeki moga wylac, ale zeby kible wylaly? Wszystkie??

Jesli chodzi o moje zeszlotygodniowe szkockie perypetie – to nie, nie Wizzair. Ryanair. Ale to akurat nie ma wiekszenia znaczenia, uwierz mi, Ryanair chcial dobrze i zrobil dobrze. Gdybym tylko wiedzial..
Na lotnisku w Prestwick (pod Glasgow) zjawilem sie bezpiecznie, na czas. Na czas, to malo powiedziane, mialem godzine, web check-in i podreczny bagaz, do bramki zdazylbym 16 razy. Spojrzalem na tablice. Arrivals. Nie przez pomylke, ale dlatego, ze znam rotacje samolotow i wiem, ze ta sama maszyna, ktora przyleci ze swojej bazy w Shannon, zabierze mnie tam z powrotem. Samolot opozniony jakies 3 godziny, przyleci o 17:30. No trudno – mysle – moglem spedzic ten czas w Paisley ze znajomymi, ale skoro tu juz jestem, to zwiedze Prestwick. Oczywiscie zanim opuscilem lotnisko nie omieszkalem zadzwonic do pracy, aby upewnic sie, o ktorej godzinie mam powrot. Bo po co mam meczyc pania w Informacji, skoro pani
z Informacji wie to, co wie od nas. Zadowolony, ze dostalem potwierdzenie z pierwszej reki (ba, dostalem nawet sms’a wyjasniajacego dokladnie, ze ten samolot wylatuje z Shannon o 16:50, bedzie wiec u mnie
pozniej niz 17:30), wyruszylem na zwiedzanie miasteczka, zjadlem steka z frytkami z serem (wiem, wiem, ciezkostrawne:)), odwiedzilem 2 puby i spokojnie wrocilem na lotnisko, aby dowiedziec sie, ze moj samolot
wylecial na czas.. Mareczek (nota bene bedziesz miala okazje poznac winowajce – przecie to pan mlody:)) nie dopatrzyl sie odwroconej rotacji i chyba jako jedyny wtedy w biurze nie wiedzial, ze Ryanair wysyla inny samolot bazujacy w Prestwick…
Zimne poty mnie oblaly, potem gorace, znowu gorace, jeszcze raz gorace i dopiero na koniec zimne. Jest godzina 17, od kraju w ktorym mieszkam dziela mnie wody Atlantyku a w pracy powinienem byc nastepnego dnia o 11… Zlapalem za telefon, aby stwierdzic, ze wlasnie pada mi bateria (zazwyczaj jestem przygotowany, mam ladowarke albo dodatkowa baterie, ale przeciez nie teraz, przeciez lecialem na jedna noc i o tej porze powinienem juz byc w domu:)) Zdolalem wykonac telefon do pracy i zapisac na kartce papieru kilka numerow. Sprawdzilem dokad jeszcze moge dzisiaj leciec ku swej wielkiej radosci znajdujac lot do Dublina o 21:55. Przebiegle zalozylem na szyje lotniskowa odznake i udalem sie na rozmowe z mila pania w Ticket Desku. Wyjasnilem jej cala sytuacje nie zapominajac wspomniec o tym, ze pracuje dla tej samej firmy dla ktorej ona pracuje, tylko w innym kraju i departamencie:) Bylem gotowy zaplacic
kazde pieniadze aby tylko dostac sie do domu, jak sie okazalo, taka impreza kosztowalaby mnie jedyne 100 funtow:) Ku memu zaskoczeniu mila pani uzyla swojej magii wciskajac magiczna sekwencje klawiszy na
klawiaturze i wyslala mnie do biblioteki abym wydrukowal sobie nowa karte pokladowa z tym samym numerem rezerwacji ale innym numerem lotu i innym miejscem docelowym… I tak dolecialem do Dublina, za butelke i czekoladki:) Nie wiedzialem jak wroce o tej porze z Dublina do Shannon, ale God Bless Internet, w tej samej bilbliotece kupilem jeszcze bilet na ostatni, odjezdzajacy o polnocy i zatrzymujacy sie we wszystkich okolicznych dziurach autobus:) I w ten oto sposob dotarlem do domu o 5 rano zamiast o 4 po poludniu dnia poprzedniego. W zyciu tak sie nie cieszylem na widok tablicy z napisem „Shannon”:)

nowa rubryka

od kilku dni wymieniam maile z kolega, ktory pracuje dla pewnej spolki lotniczej w Irlandii. regularnie, po przeczytaniu tychze maili, musze przecierac monitor, bo go pawie zapluwam ze smiechu, w zwiazku z tym kilka maili pozwole sobie zamiescic w kategorii „hallo Rzesza, hallo Shannon”. ponizej mail, bedacy odpowiedzia na opisana przeze mnie historie kradziezy skarpetek w szatni, podczas mojego pobytu na sciance wspinaczkowej. rzeczony kolega rowniez mial przygode ze skarpetkami, ale to zobaczcie sami :)

„A podobno to w Polsce kradna:) (tak a propos Twoich zaginionych skarpetek). Oczywiscie Niemcy zapytaliby, czy nie bylo w tym czasie innych Polakow na sciance… Gdyby nie bylo, drazyliby temat, czy jestes pewna ze przyszlas w skarpetkach. Odpowiedzialabys twierdzaco, na co oni byliby doskonale przygotowani kontrujac: “Ale przeciez bylas rownie pewna, ze zostawilas buty wraz ze skarpetkami w szatni numer 13…”:) Mowie Ci, po co marnowac czas na skarpetkowa Norymberge, najlepiej przebolec, zapomniec i kupic nowe:) Ale tak jak mowisz, po co komus skarpetki?:) Zaiste tejemnicze zdarzenie, nie wykluczam udzialu ducha z zamku w Szlezwig, ktorego moglas przeciez przywlec ze soba w torbie..

Moja socks story jest nieporownanie mniej enigmatyczna, ja wiem dokladnie co sie stalo, pamietam kazdy szczegol, a na pewno nie zapomne uczucia butow zasysanych przez bloto i mojego zaskoczonego tym ciala, ktore bedac w ruchu nie bylo w stanie powstrzymac stop wysuwajacych sie z butow. Nie zapomne burzy neuronow ratujacej mnie przed upadkiem w ulamkach sekundy, nie zapomne tej grzaskosci, wilgoci i zimna ktorych doswiadczyly moje stopy, uczucia, ktore w gruncie (haha, dokladnie) rzeczy przez chwile bylo nawet przyjemne, dostarczajac tego komfortowego, masujacego ucisku. A reszty juz sie zapewne domyslasz:)
Nie pytaj mnie, dlaczego wlozylem je do kieszeni. Ta decyzje zawdzieczam ilosci spozytego odmrazacza:) (alkoholu, przyp. red.)
Uspilbym Cie wrzucajac tu jeszcze zwierzenia z powrotu ze Szkocji. Mozesz sie ich spodziewac w kolejnej czesci “Halo, Rzesza!”:) A tymczasem – pozdrawiam cieplutko!
Ps. Glupie pytanie – wracalas ze scianki bez skarpetek, czy mialas na nogach te wspinaczkowe?:))”

cdn..