Category Archives: spotkania

bo ja nie wierzę w przypadki..

trouble is my middle-name

„oglądałaś Avatar?” zanim zdążyłam pomyśleć ile to już osób mnie o to pytało, usłyszałam tylko swoje krótkie „nie”. „bo ja właśnie wczoraj kupiłem soundtrack i od dwóch dni nie przestaję słuchać”. z ciekawości i ja słucham. na youtube.
napięcia, napięcia i jeszcze raz napięcia. dobrze, że Loui poleciał dziś do Hiszpanii, dobrze, że wróci dopiero za dziesięć dni. może nabiorę dystansu, znajdę odpowiedzi na pytania.. my niestety żyjemy na różnych planetach, oddychamy innym powietrzem, mówimy innym językiem. on mówi, ja milczę (trochę mu na złość); on chucha i dmucha na siebie, ja się przetrenowuję..
wczoraj bouldery, dziś bouldery, jutro lina. a pojutrze chyba poczuję pozrywane ścięgna. ale.. to dopiero pojutrze. na razie muszę jeszcze zrzucić dwa kilo, wtedy będę miała najlepsze proporcje wspinaczkowe :) na razie wróciłam do mojego standardu i znowu potrafię się podciągnąć na drążku :D jeszcze 2-3 kg i trochę wytrzymałości i będę biegać w przewieszeniu. jutro wspin z Ronim. zobaczymy co ze mnie będzie w tym sezonie :D

umyłam dziś okna. wiosna wygląda cudownie przez czyste szyby (:

expacting unexpacted

„jeśli wypijesz to piwo siedząc tu przy kominku, to będziemy cię stąd wynosić”. „spokojnie, zaufaj mi, ona wie co robi”. i zamiast ploteczek przy grzanym piwie (w moim wykonaniu winie) nieprzypadkowe spotkanie po drugiej stronie lustra. „tylko nie nazywaj mnie Marcin”. no dobrze, przecież nie mam zamiaru. i z takiej dziwnej energii w powietrzu stworzyliśmy ciekawą jakość. zdjęcia trzaskane „na oślep” w oparach babci, która za 4 minuty nie wpuści cię do domu, ale przecież mam klucze. tylko jak będzie chciała być złośliwa, to zamknie drzwi na zamek, którego nie otworzę..
otworzyłeś?

kupiliśmy bilety. klamka zapadła. jeszcze tylko kupić bilet do Bonn. jeszcze tylko.. a niech to, spotkać cię nawet na końcu świata.. pliiizzz, zaczekaj na mnie!

homo sum..

et humani nihil a me alienum esse puto.
„co najbardziej lubisz fotografować?” „krajobrazy..” nie słuchałam dalej, bo liczyłam, że padnie odpowiedź „ludzi”. parking przed marketem w Huesce, czyli pora na zakupy. i znowu odczucie dziwnej energii. jakiś narzucający się smutek i lęk biorący swój początek w czymś totalnie nieokreślonym.
przechodzimy przez przejście dla pieszych. na przeciwko idzie starsza pani z balkonikiem. mijamy się. po chwili odwracam się i widzę balkonik. nie ma staruszki. bezradna stoi 10 metrów dalej. boi się zrobić krok. decyzja z gatunku tych, których się nie po-myśli a odczuje. przyprowadzam balkonik. jest szczęśliwa, dziękuje mi, a ja biegnę, bo muszę dogonić Dave’a. nawet nie zauważył, że nie idę koło niego. staruszka prawie płacze ze szczęścia. „nie ma za co proszę pani, nie ma za co!” słyszę. słyszymy obie. pada z ust Dave’a. osłupiałam. nawet jej nie zauważył. nawet nie zwrócił uwagi, że stała bezradna nie wiedząc co zrobić. nawet nie widział, kiedy pobiegłam po wózek.
tłumaczę sobie, że nieważne. boli, ale nie ma to większego znaczenia. boli, bo to byłaś kiedyś ty.. teraz widzisz, jak ciężko było dotrzeć do ciebie.. ale aż tak, naprawdę było tak źle? dobra, daj spokój, ważne, że teraz jest inaczej. jesteś tu i teraz. teraz ty masz być nauczycielem. albo nie. nie w tym wypadku. po prostu bądź. przecież wiesz, że ta lekcja się zmarnuje, ale to nie jest twój problem. ty masz co innego do zrobienia. inne problemy, inne emocje do przepracowania. tak, emocjonalny rollercoaster po to, by w końcu zrozumieć, że wszystko jest w tobie. szczęście i smutek, lęk i miłość.. nikt ci tego nie odbierze, ani nikt ci tego nie da.

„ciekawe, z którego wieku pochodzi ten kościół?” „chyba XII, ale wiesz, że został przebudowany?” „tak?? a skąd wiesz?” „w zeszłym roku spędzałam tu dużo czasu. urzekł mnie, uspakajał.. przyglądałam mu się godzinami i któregoś dnia to po prostu zobaczyłam.” choć może lepiej byłoby powiedzieć od-czułam, ale tego ci już nie powiedziałam.
spokój, jaki mieszka w kanionie, jest nie do opisania. uwielbiam siedzieć zwłaszcza w sektorze Grand Boveda i las Ventanas del Mascun. lubię siedzieć na górze, przy eremii.
nie mogłeś tego zauważyć.. tego dnia wspinaliśmy się na Ventanasach. zaczęło padać. od godziny siedziałam i czytałam książkę. źle się czułam (choć wspinaczkowo padły tego dnia dwie szóstki c, w tym jedna sightem). słuchałam soundtracku z Hilamai i czytałam książkę o Tybecie. przysiadł się Mat i zaczęliśmy jeść suchą bagietkę. i po prostu gapiliśmy się na siwe od chmur niebo i deszcz. gdzieś dojrzałam mikroskopijny fragment błękitu. „rain, go away to Warsaw!”. i razem z Matem zaczęliśmy dmuchać w niebo, żeby rozgonić czarne chmury.. :) i jest to jedno z moich piękniejszych wspomnień..

gdyby w życiu nie było trudności, człowiek by się nie rozwijał. podobnie jak we wspinaniu. spadasz z drogi dotąd, dopóki nie nauczysz się wszystkich ruchów, dopóki nie wypracujesz patentu na pokonanie cruxa. ale jak już to zrobisz, masz niesamowitą satysfakcję. najpiękniejszym momentem jest wpięcie się do zjazdówki, najbardziej pouczającym – spadanie..

city climbing, czyli prawie jak weekend w skałach..

wczorajszy dzień upłynął pod hasłem „prawie jak..” – prawie był to wolny weekend (ja pracowałam w sobotę i w niedzielę do południa, Kasia cały weekend), spędzony prawie jak w Sokolikach (a raczej prawie jak na Szczelińcu, bo most Łazienkowski jest z piaskowcowych płyt), zrobiłam zdjęcie Kasi z „prawie jak” jointem, prawie latałyśmy leżąc na poręczy mostu, ale największy ubaw był jak zaperformowałyśmy babskie wspinanie, czyli wspin w biżuterii, jeansach etc.. oczywiście pełen lans – sponsorem dnia była la Sportiva i Replay ;)

la sportiva & replay team
la sportiva & replay team

climber's hands
ręce wspinacza

in case of emergency
na wszelki wypadek, plasterki i magnezja ;) [plasterki już były jak przyszłyśmy]

DSC05554
esencja kobiecego wspinania – wygląd się liczy! to oczywiście była głupawka, jaką złapałyśmy na koniec..
ujęcie pt. „jedyna słuszna perspektywa” ;)

DSC05556
jak wyżej, ale w szerszym ujęciu (a raczej wertykalnym)

DSC05557
jedynie słuszna perspektywa Kasi ;)

tak pięknie rozpoczęte popołudnie zakończyłyśmy popijając piwko na Powiślu, zagryzając pistacjami i.. gadając o wspinaniu :)))
jeden z piękniejszych wieczorów!
so, so, so, jestem już po badaniu i rzeczywiście skończyło się jedynie na strachu :) alles in Ordnung!

nie ta faza księżyca

czytam, w domu, w tramwaju, wszędzie czytam „Śmiertelnych, nieśmiertelnych”.. nie mogę wyjść z podziwu, zachwytu.. chyba z 10 lat próbowałam poskładać myśli o tym i znaleźć odpowiedzi na pytania o swoistą axis mundi wszystkich religii mistycznych czy dogmatycznych, duchowości.. odpowiedzi na pytania o sens życia, sposób świadomego umierania [szkoda, że nie pojechałam na poła, ale widocznie jeszcze mój czas nie nadszedł..] o bycie jednością z JA, zabicie małego ja (ego), o jedność z wszechświatem i duchem.. jestem pod wielkim wrażeniem.
13 lipca w piątek o 13 zdałam egzamin z niemieckiego. 13 lipca w poniedziałek o 7.15 idę na usg. rutynowo-kontrolne. miejmy nadzieję, że poniedziałek okaże się równie szczęśliwy jak i piątek :)

mail od Dave’a. w Siuranie będzie za gorąco na początku września, więc pozostaje Rodellar. Dobre i to. 5 tygodni wspinania w jednym miejscu. dziś niewielki regres fizyczny, za to progres psychy. fajny locik.
po wspinie śniadanie u Leszka. po południu poszliśmy do pracowni Marzeny na Lubelską i… kolejny raz spotkałam Łukasza (: jak nie w Gardzienicach, to w Wilanowie na wykopaliskach, jak nie na ścianie to w metrze (dzięki Bogu, pomógł mi z rowerem) i dziś. lubię takie nie-przypadki.

i na koniec
studiować mistycyzm to studiować ja; studiować ja to zapominać ja; zapominać ja to być jednością ze wszystkim i być oświeconym przez wszystko

[mistrz Dogen]

tik tak

bogactwo duchowo-intelektualne równa się bankructwo finansowe. kupiłam książki. Ken Wilber – tego mi było trzeba..
to niesamowite, że dopiero, kiedy dojrzejemy do czegoś, pojawia się to znikąd, jak spod ziemi. szukałam tych książek od roku. w końcu są ze mną..

wryło mnie w fotel..
http://paulapruska.blogspot.com/

i nadal nie wierzę w przypadki..

po prostu pochłaniam „śmiertelnych nieśmiertelnych”. w zdaniu o fizykach, którzy jednocześnie byli mistykami, pada nazwisko Nielsa Bohra. chwilowy flashback. historia opowiedziana przez Łukasza ze dwanaście lat temu. w szpitalu, od chłopca umierającego na białaczkę, dostał kartkę ze słowami Bohra:

sens życia polega na tym, że nie ma żadnego sensu mówić, że życie nie ma sensu

nawet jeśli to jakaś moja trawestacja, to nie jest ważne. jutro umówię się na usg. najwyższy czas.
czytam, czytam i czytam.. i powracają do mnie słowa pani doktor o testach na mutację genu BRCA 1 i 2. wciąż biję się z myślami, jednak o ile do tej pory sprawa była prosta a wahania bardzo zrównoważone (50 na 50), tak powoli proporcja zmienia się. w tej chwili powiedziałabym, że jest 60 do 40 (60 na rzecz zrobienia badań). jeżeli ważna jest świadomość, to nawet 65 do 35. ale jeśli rzeczywiście mam mutację, to czy poradzę sobie z myślą, że mój organizm to bomba z opóźnionym zapłonem? co z tego, że będę mogła robić za darmo usg, nawet co miesiąc. pierwsza myśl, jaka nasuwa się po „a co, jeśli już coś się dzieje?” jest „nie, przecież ja mam teraz za dużo do zrobienia.. wyjazdy, doktorat, konferencje, wszystkie plany..”. jakże to przestaje mieć znaczenie w pewnych okolicznościach.. a jednak mam realną szansę być czwartym (jeśli nie piątym) pokoleniem..

entheos, czyli

.. obrazoburcza hierogamia

Magdaleno, jawnogrzesznico,
przepełniona nasieniem kochanka,
napełniająca się bogiem
swoim,
któremu włosami wycierałaś
stopy!
gdzież bóg twój teraz?
z zagubieniem w oczach
stoisz, wybierając
czerwoną bieliznę dla swego
oblubieńca..

oto twój triumph zmysłów nad duchem!

entuzjazm – [gr. entheos] przepełniony bogiem
[może nikt mnie za to nie ukamienuje ;)]

mój Boże, ręce trzęsą mi się ze wzruszenia. napisała Ola. przysłała mi kartkę. możemy się nie spotkać we wrześniu w Katowicach. trudno, nieważne. może gdzieś indziej, może w Hiszpanii, nie na del Peunte vel del Amor, nie na Mascunie, może Siurana, el Choro.. a może Wrocław, Łódź, Berlin gdziekolwiek..
Fiodor zniknął. nie ma o nim żadnych wiadomości. rozmawiałam z Bartkiem o nim pod koniec marca. miał przyjechać w grudniu lub styczniu do Warszawy. mieliśmy pojechać we trójkę na Jurę. w zimie. szkoda. rzadko spotkać można człowieka emanującego czymś takim, jak on. trudno to nawet nazwać. może właśnie pociągająca była ta jego magiczna niedostępność, to sui generis wyobcowanie.. ciekawe gdzie znajduje się teraz.