Category Archives: think less

enter-exit, czyli zero-jeden

„po co tutaj jesteś?”
pytanie nieco wyrwało mnie z butów. dobrze, że siedziałam, po tym jak udało mi się przełknąć 8 euro za kino. matko, ile ja bym dała za Muranów w poniedziałki.
„nie rozumiem” i na Boga, dlaczego mówisz do mnie po angielsku? żeby wyrównać szanse? no to keep going po tym angielsku, bo mi jest trudniej przeskakiwać z angielskiego na niemiecki niż tobie.
„because you ARE distanced”
że kurwa co? no to już nie jest neuroza. to jakieś skoncentrowanie się na swoich pseudo-teoriach spakowanych w system zero-jedynkowy. tylko dlaczego ja niby ciągle jestem na zero? właśnie przeczytałam przed chwilą bloga. i dostałam znak. KONIEC. i tylko keep surfing. choć może w moim przypadku to raczej climbing. ale i tak miałam wczoraj dobry dzień. bo mi zawsze wszystko idzie w dupę ;) [hektolitry zjedzonych ostatnio lodów też, dziś był ostatni raz, naprawdę, choć skończyło się na plus jeden kg ;]
czy jak powiem we wtorek, że jadę na weekend do Lublina to będzie prawie jak do Dublina? choć tak naprawdę to do Shannon czy Limerick. mało to ważne. ważne, że nie do Drezna. bo już mam bilet na samolot. do Dublina oczywiście.
ale film wczoraj fajny. keep surfing w Eisbach na Izerze. o, tak ja będę keep, ale up to Munich za max dwa lata i mało mnie to interesuje, czy zostaniesz przewodnikiem w Alpach. i jakim kosztem. na pewno nie moim, bo ja nie będę wydawać pieniędzy na samolot z Warszawy do Monachium przez kolejne dwa lata, bo z mojego stypendium to na na jeden lot w miesiącu i rachunki mi wystarczy.

rany, nie znoszę, jak ktoś ma obsesję zapisywania całej wysyłanej kartki pocztowej.. ja naprawdę wolę po prostu pozdrowienia.

no dobra, jeszcze raz, ten jeden raz Alpy, Francja i Chamonix. ja się przekurewnie boję wspinania w górach, 20 metrowy run out pomiędzy punktami asekuracyjnymi wywołuje we mnie raczej paniczne lęki, miast przyjemności.. ale zaraz potem Ceuse, Saint Legere i moja oaza spokoju Rodellar po trzech nieprzespanych, zalanych winem (obowiązkowo hiszpańskim) nocach w Barcelonie :D

no to pora na kąpiel, o!

pora na zmiany. to be continued on:
http://kijwmrowisku.blogspot.com/

jak Kuba Bogu, tak..

Bóg Kubańczykom..
wiem, nie byłam ostatnio zbyt przyjaźnie nastawiona dla świata. ale czy to oznacza, że należy dać mi buzi na „do widzenia” i wsiąść w kolejkę w kierunku domu i zostawić samą o 22.30 w dzielnicy pełnej Turków i Arabów?
yo-non-kurwa-entiendo. jadę w skały. sama. jeśli tylko Chris się odezwie, a za tydzień do Dublina. mam to w dupie.

hm.. dawno nie było żadnych zdjęć.. ;) so, so, so…

był mózg wspinacza, jest i tyłek, gdyż i tak mam wszystko w dupie :P

wrong

biuro rzeczy znalezionych

mózg wspinacza :)

city climbing, czyli prawie jak weekend w skałach..

wczorajszy dzień upłynął pod hasłem „prawie jak..” – prawie był to wolny weekend (ja pracowałam w sobotę i w niedzielę do południa, Kasia cały weekend), spędzony prawie jak w Sokolikach (a raczej prawie jak na Szczelińcu, bo most Łazienkowski jest z piaskowcowych płyt), zrobiłam zdjęcie Kasi z „prawie jak” jointem, prawie latałyśmy leżąc na poręczy mostu, ale największy ubaw był jak zaperformowałyśmy babskie wspinanie, czyli wspin w biżuterii, jeansach etc.. oczywiście pełen lans – sponsorem dnia była la Sportiva i Replay ;)

la sportiva & replay team
la sportiva & replay team

climber's hands
ręce wspinacza

in case of emergency
na wszelki wypadek, plasterki i magnezja ;) [plasterki już były jak przyszłyśmy]

DSC05554
esencja kobiecego wspinania – wygląd się liczy! to oczywiście była głupawka, jaką złapałyśmy na koniec..
ujęcie pt. „jedyna słuszna perspektywa” ;)

DSC05556
jak wyżej, ale w szerszym ujęciu (a raczej wertykalnym)

DSC05557
jedynie słuszna perspektywa Kasi ;)

tak pięknie rozpoczęte popołudnie zakończyłyśmy popijając piwko na Powiślu, zagryzając pistacjami i.. gadając o wspinaniu :)))
jeden z piękniejszych wieczorów!
so, so, so, jestem już po badaniu i rzeczywiście skończyło się jedynie na strachu :) alles in Ordnung!

nieprzypadkowe przypadki

Bartka spotkałam w Rodellarze. przyjechał parę dni przed moim wyjazdem. poznaliśmy się na kempingu. przyjechał z nogą w gipsie – złamał ją dwa czy trzy dni przed wyjazdem. któregoś dnia nie poszłam w skały. to był czas, kiedy S. totalnie przestał mnie zauważać i nie wyrażał najmniejszej chęci, żeby się ze mną wspinać. pożyczyłam od Bartka książkę, bo swoje już przeczytałam. z pięciu, które miał przy sobie, trzy czytałam. wzięłam więć Ziemię, planetę ludzi Exuperego. zawsze chciałam to przeczytać. prawie się popłakałam przy tej książce. kolejną jaką czytałam, były Listy do matki, też Exuperego. cudowne książki. Bartek mówił, że czytał też Twierdzę, która była dla niego wówczas czymś w rodzaju Bibilii.. dziś dostałam moją Twierdzę. kupiłam na allegro, przepłaciłam, ale nie jest to ważne.
po powrocie z Hiszpanii spotkaliśmy się – miałam oddać Bartkowi książkę, której nie skończyłam czytać przed wyjazdem. okazało się, że Bartek czytał ostatnio Potęgę teraźniejszości E. Tolle, książkę, którą zaczęłam czytać, ale nie skończyłam. chyba nie byłam jeszcze na nią gotowa. czytam ją teraz i zdecydowanie bardziej do mnie trafia, niż parę miesięcy temu, gdy próbowałam ją czytać po raz pierwszy. właściwie to wróciłam do tej książki dzięki Bartkowi, jakoś tak mnie natchnął.. to naprawdę niesamowite spotkać człowieka, który czyta dokładnie te same rzeczy. cieszę się, że jednak zostałam dłużej, nie wyjechałam z Tadkiem i Jacą. mam nadzieję, że zrozumiem też resztę doświadczeń, jakie miałam okazję przeżyć w Rodellarze i w drodze powrotnej. na pewno wszystko ma swój sens, nawet jeśli jeszcze go nie widzę..

oto ja..

za pięć dwunasta w dniu wyjazdu robię pranie ;) to chyba choroba nieuleczalna.. czy kiedykolwiek zrobię coś normalnie, po kolei, jak Pan Bóg przykazał zamiast w trakcie pakowania szukać spodenek w koszu na brudne ciuchy, prać je i szuszyć na balkonie przyczepione do doniczki z kwiatkami?
taaa, zaraz potem prałam dwa razy białą koszulę, bo jak próbowałam ją przyczepić do tejże doniczki, to ubabrałam ją w ziemi…

efekt – koszulę uprać muszę po raz trzeci, bo powiesiłam ją na oknie balkonowym, które było mega brudne od zewnątrz..
poprawiłam kolejny rozdział pracy T. jest naprawdę świetny.
przed chwilą z kolei postanowiłam zrobić sobie kawkę, bo pociąg o pierwszej w nocy, zaspać byłoby głupio.. no i co zrobiłam? zalałam palnik wodą. bardzo brawo!
ech, same problemy ze mną.. :)

„szampan w słoiku po ogórkach” ;)

czytam sobie książkę Cejrowskiego. fragment o tym, jak podróżował przez Gwatemalę i starał się o wizę. no i mam taką drobną reminiscencję z ambasady Białorusi:
czy był pan/pani karany(a)?
nie byłem
za co?
nie byłem.
jak duży wyrok pan/pani dostał(a)?
nie byłem karany!
ile lat pan(i) odsiedział(a)?
nie! byłem! karany!
czy jest pan/pani na warunkowym zwolnieniu?
…..

Białorusini pytają jeszcze o stan cywilny i nazwiska żony/męża… i im uparciej się twierdzi, że takowi nie istnieją to zaczynają pytać o imiona np. dzieci ;)
wariaci…