Category Archives: Uncategorized

non timebis a timore nocturno

popłakałam się. po raz kolejny z niemocy, stresu, strachu.. strasznie jestem rozchwiana ostatnio. widziałam dziś wypadek. jak zwykle przez nadmierną prędkość. coś mnie zatrzymało na przejściu, a już chciałam wejść na nie, choć było czerwone. wydawało się tak pusto. stałam jednak. po drugiej stronie skrzyżowania zobaczyłam samochód jadący za szybko, wjeżdżający w lewy bok innego samochodu, który nie ustąpił pierwszeństwa i wyjechał temu pierwszemu z prawej. nawet nie zauważyłam, jak przejeżdżał koło mnie.. wryło mnie w chodnik. stałam chwilę z nadzieją, że obaj kierowcy wyjdą o własnych siłach z samochodów. tego, który przejeżdżał za szybko skrzyżowanie, obróciło o 180 stopni; drugiego wyrzuciło na sąsiedni pas, pod prąd. w tej samej chwili nadjechały dwie karetki, ale do do innych wypadków..
20 minut czekania na autobus. przez ten czas kierowca uderzonego samochodu nie wyszedł ze środka. przez ten czas przyjechały trzy autobusy Z2. żadnego Z1. wsiadłam w końcu w Z2. „czy orientuje się pan, czy Z1 nie jeździ dzisiaj?” kierowca odpowiedział, że już nie będzie jeździć, bo wróciły tramwaje..
na Boga, czy nie można było zdjąć rozkładu z przystanku???? czy nie można było tego napisać?? dlaczego przez czyjąś głupotę muszę tracić pół godziny? dlaczego ten kraj jest tak nie userfirendly! dlaczego podstawia się tu nogę każdemu i to na każdym kroku??? rany, nie potrafię tu żyć!! męczę się tu okropnie.
czytam „pocztę na południe”. na szczęście Z2 było puste i mogłam spokojnie usiąść z książką. emocje opadły. stres ustąpił miejsca wzruszeniu. emocjonalny rollercoaster. ryczałam przez całą drogę. dobrze, że nie zrobiłam dziś żadnego makijażu..

maksymy Bartka i fazy księżyca

znów nie mogę się powstrzymać. ale to wcale nie jest prawda, że ja się tylko wspinam, naprawdę! no ale, na dzisiejszym treningu.., a właściwie już po. no, dobrze, zacznijmy od tego, że w trakcie. Olo ułożył nową drogę. robiliśmy bouldery, więc niekoniecznie wskazane było, żebyśmy w trakcie zaczęli się wspinać z liną. na koniec poszliśmy obejrzeć drogę Olka. oczywiście zgodnie z moimi przewidywaniami droga była trikowa. mniejszych chwytów chyba nie produkują. przystawiłam się do niej pierwsza, po mnie szedł Bartek. trzecią wpinkę robiłam już z duszą na ramieniu. poddałam się. stwierdziłam, że zapatentuję na wędkę. zjechałam na dół. Bartek po raz kolejny rozłożył mnie na łopatki swoim tekstem, po tym jak powiedziałam, że krawądki co prawda maleńkie, ale da radę. psychy brak. na to Bartek – „palce trzymają tylko psycha nie trzyma”.. ojjj, tak.. na wędkę poszło.

było jeszcze pytanie Jarka o nazwisko aktora, który grał ostatniego Bonda. „no Bartek, przecież ty znasz nazwiska wszystkich wspinaczy razem z datą i miejscem urodzenia, a nie znasz aktora hollywoodzkiego?”
„no wiesz, jakby ci to powiedzieć, niezła laska, ale nie w moim typie” ;)

przyszedł też Piotrek. zrobił trzy drogi (a raczej ich nie zrobił) i zbiera się do domu.
-już? pytam.
-a, nie mam dziś formy.
-to pewnie działasz jak kobieta – według faz księżyca.
-no jakby się nad tym dobrze zastanowić to pewnie tak. choć to bardziej Jowisz pewnie.
-hm, z Jowiszem gorzej, bo on to jeden cykl ma przez 7 lat.
-hmm. no tak.
-ale nie przejmuj się, zawsze to lepiej niż Pluton. ponad 200.. albo masz całe życie formę, albo masz przerąbane..
-noo, to fakt. a skąd ty wiesz, ile lat Pluton..?
-ee, no wiesz, ostatni jest w sumie.. to musi długo
;))

dobiłam się na drążku. na drugi raz zapamiętam i wykorzystam kolejną maksymę Bartka, że po alkoholu sen jest krótszy.. już więcej nie będę piła przed środowym treningiem… nawet wina.

zanim Berlin calling, soundtrack

powroty Odysa..

Wawa zaskakuje mnie swoją twórczością. z każdym wierszem jest ciekawiej, oryginalniej. z każdym wierszem wywołuje inne zamyślenia, inne uśmiechy na twarzy, inne smutki dośrodkowe i odśrodkowe radości..
słucham sobie Bramafanu..

łączysz mi niebo z morzem, tak że horyzont znika, że wszystko jest jednością, w niej zamyka się…

i.. już mi lepiej. nawet wyszło słonko :)

wróciłam właśnie z piksla. oglądaliśmy nocnego portiera i jakaś mnie naszła refleksja o cyklach w życiu. o czymś, co ciągle się powtarza, od czego ciężko się uwolnić.. im rozpaczliwiej próbujesz, tym bardziej w to wpadasz. podświadomie zmierzasz zawsze do tego samego punktu. do początku. i tak ad finitum… wyjście z cyklu jest iluzoryczne. podobna była próba Maxa. stworzył sen, który zaprowadził go dokładnie w to samo miejsce, w którym znajdował się na początku. do obozu. tylko teraz zmieniła się jego rola. przestał być katem. stał się ofiarą. tylko ofiara pozostała ofiarą do końca. sędzia był najpierw katem, potem sądzony przez quasi sąd koleżeński, był przez chwilę ofiarą (i katem w jednej osobie, gdyż pozbywał się świadków swojej zbrodni). stał się na powrót katem, ścigając kolejną ofiarę, w którą z kolei wcielił się Max.. a w tle Czarodziejski flet, Erinnerungs Raeume też bardzo wymowne. jakby to ujął Eliade – mit wiecznego powrotu. koło. idealna figura. ciągła. nieprzerwana. z każdego punktu jest taka sama odległość do środka.. Lucia uzależniona od bycia ofiarą, wraca do „obozu” – jaki daje jej Max. nie jest w stanie być w normalnym związku. „normą” staje się dla niej obcowanie z sadystą, który daje jej dość ambiwalentne uczucia – od uniesienia, po przemoc w trakcie tych uniesień. oboje się w zresztą zamykają w tym obozie, potem przeradza się to w przymusowe zamknięcie. ucieczka, która przeradza się w zniewolenie. dosłownie i w przenośni. dosłowność posunięta jest wręcz do absurdu pozbawienia ich możliwości zdobycia jedzenia (vide obóz koncentracyjny). „pierwszy” pobyt w obozie nie zakończył się egzekucją. „drugi” – klasyczny przykład wyjścia na wolność, nawet za cenę wolności chwilowej. oboje zostają za(roz)strzeleni. pierwszy cykl zostaje dopełniony w drugim, przy czym okrucieństwo drugiego można ocenić nawet wyżej, niż pierwszego. to, co powiedział kiedyś Grudziński, że „człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach” tu jakby nie miało takiego przełożenia. jest 12 lat po wojnie. sam środek zimnej wojny, choć z drugiej strony daje się obserwować rozpaczliwe pragnienie pokoju w nardach. jednak to co powiedziała Edyta, że zimna wojna może być nawet gorsza od normalnej, tak „zimny obóz” okazał się być ostatnim przystankiem Lucii i Maxa.
jeden z ciekawszych filmów, jaki oglądałam. heh, sama próbuję wyjść poza swoje cykle ograniczeń i choć nie jest to łatwe, wierzę, że mi się uda. oby, oby.. czytałam ostatnio „Młodość stulatka”. nie widziałam filmu, ale w książce problem cykliczności jest bardzo silnie zarysowany (Eliade nie mógłby sobie tego darować). dodatkowo „ponowne narodziny” bohatera przypadają na czas śmierci Chrystusa, a raczej wigilii zmartwychwstania (sobota wielkanocna), w dodatku w czasie, kiedy zaplanował swoje samobójstwo. podobnie jego śmierć, po tym jak wraca do rodzinnego miasteczka, przypada na wigilię narodzin Chrystusa.
koniec, koniec już tego wymądrzania się, biegnę na trening.

Zuzia, honey banny, ich drucke dir die Daumen! (to znaczy trzymam kciuki), a potem…. Berlin calling (już wszędzie widzę ten Berlin, nawet jak siedziałyśmy po drugiej stronie lustra to akurat wszedł chłopak, który miał torbę z takim napisem, hehe..)

no nie mogę się powstrzymać

albo walczę o życie z 5 tonowym autobusem, albo hamuję i modlę się, żeby nie wylecieć przez kierownicę.. żywot rowerzysty to nie bułka z masłem, parafrazując Foresta. pieszy to święta krowa chodnikowa, a kierowca.. pan i władca na krańcach świata. nawet jak zaparkuje na chodniku i próbuje wyjechać, to też nie przyjdzie mu do głowy popatrzeć czy nikt nie idzie za nim. heh, żyję jednak (:
na szczęście słoneczko świeci sobie wesoło, choć nie można powiedzieć, żeby lato zapanoszyło się na dobre. w sobotę powodowana frustracją pogodową, poszłam do kina. wybór: „Man on wire”. trochę z przekory, chciałam zobaczyć jak to jest mieć linę pod nogami i chodzić po niej horyzontalnie. film inspirujący niesamowicie..
moja zasada życiowa „there is no IF” została zmodyfikowana. „there is no IF and there is no WHY”.
so, so, so, jutro albo pojutrze wysyłam papiery do fundacji do Bonn. Berlin będzie mój! jeszcze tylko lekarz, czyli najgorsza rzecz, jaka może mi się przytrafić.. katolicka fundacja, jednak chyba stosuje praktykę eliminowania kandydatów przez ilość dokumentów, jaką należy im złożyć.. przyjdzie przeżyć, a (znów parafrazując, tym razem Henryka Burbona) „Berlin wart jest mszy!”.
kawa wypita, czereśnie zjedzone, zatem do pracy.. w rzeczywistość rzymsko-bałtyjską.. w głośnikach Keith Jarreth. oczywiście koncert z Kolonii.

a w przerwie moja ostatnia fascynacja:

wrong attitude..

Don’t listen to what they say,
Make up your mind, walk away,
Oh don’t even give them the time of day,
They put you wrong, turn away.

So why’d they all just walk away,
There was something wrong,
But you don’t want to say

są ludzie, którzy niby są obecni w moim życiu, a tak naprawdę ich nie ma. i na odwrót. nie ma ich na co dzień, a jednak są. tęsknię za nimi okrutnie, a jednak czuję ich obecność, ich wzrok za moimi plecami, ich pozytywne myśli.. tęsknię strasznie. może jeszcze niecałe dwa miesiące. albo trzy z kawałkiem. tak bardzo chciałabym już ich spotkać i powiedzieć, żeby już zostali na zawsze. albo, żeby zabrali mnie ze sobą na koniec świata. na razie odwiedzają mnie w snach, czasem piszą maile. choć na ogół codzienność przygniata nas wszystkich do tego stopnia, że jedynie wymieniamy się myślami, odwiedzamy w snach i na zdjęciach. a mi już tak niewiele brakuje, aby spakować się i wyjechać gdziekolwiek. byle dalej stąd. byle jak najszybciej.

why worry..

dziwny zapach w powietrzu. jakby zwiastujący jakąś nieuchronną katastrofę. coś wisi nade mną. czuję się tak, jak przed powrotem z Hiszpanii. siedziałam z Alanem na plaży w Barcelonie i powtarzałam „I don’t want to go back”.. i właściwie wykrakałam. teraz też tak się czuję. mam ściśnięte gardło, żołądek, trzęsą mi się ręce. jedyne co przyjmuję to owsianka, kawa i haribo. nie wiem, kto jest kim, komu można zaufać. nie tylko w pracy. a może zwłaszcza nie w pracy. jeszcze tylko sześć tygodni i troszkę się od tego odetnę. mam nadzieję, że i tym razem moje życie zastosuje zasadę „do dwóch razy sztuka” i dostanę stypendium do Berlina. tak naprawdę to przepadł mi wyjazd na Sardynię. trudno. ale kupię rower. i namiot. najwyżej za resztę pojadę do Berlina. i tak mi więcej nie potrzeba..

so, why worry
there must be laughter after pain
there must but be sunshine after rain
the things have always been the same.